Jak zwykle – najpierw w formie plotek, oraz jak zwykle w bardzo kiepskim stylu. Po beznadziejnym sposobie,w jaki Kings rozstali się jakiś czas temu swoim uznanym napastnikiem Mikiem Richardsem, przyszedł czas zagrać poniżej pasa wobec kapitana organizacji – Dustina Browna. Brown nie będzie już kapitanem drużyny z LA.

Kings lubią od czasu do czasu zadbać bardziej o celebrytów na widowni, niż o własnych zawodników. Sprawa pozbawienia kapitana jego funkcji jest kwestią bardzo, bardzo delikatną. Dlaczego? Ponieważ oznacza bardzo istotną zmianę w drużynie i jest to votum nieufności dla – w tym wypadku wieloletniego – kapitana Kings. Po drugie, bardzo często taka zmiana oznacza przygotowywanie się do transferu – i w tym wypadku wcale by mnie to nie zdziwiło.

To był trzynasty sezon Browna w NHL, 8 jako kapitana Kings. Złote dziecko Kalifornii spełniało pokładane w nim nadzieję do mniej więcej 2012 roku – potem jego zdobycze punktowe skurczyły się jak ciuchy na diecie fast-foodowej. Twardo grający Brown, który często nie oszczędzał przeciwnikom łokci oraz innych sposobów nie do końca zgodnych z przepisami, w pewnym momencie nie mógł się już pochwalić wieloma innymi atutami. Niegdyś lekko zdobywający ponad 50 punktów w sezonie Brown, od 4 lat nie przekroczył nawet 30 oczek.

Małe zdobycze punktowe to jeszcze nie powód do odebrania literki „C”. Dobrym przykładem był emerytowany już Bryce Salvador, który kończąc karierę jako kapitan Devils, miał na koncie 110 oczek po15 rozegranych sezonach w lidze.

Wiele pozostaje i pozostanie w sferze plotek. Najczęściej pojawiająca się wersja zdarzeń jest taka, że trener Kings, Daryl Sutter, który otrzymał nowy kontrakt zapowiedział, że warunkiem jego pozostania będzie możliwość odebrania Brownowi kapitaństwa. od czasu do czasu media przebąkiwały coś o niezadowoleniu Suttera z postawy Dustina – i trudno się tutaj dziwić. Być może Brown oprócz tego że wypalił się na polu punktowym, przestał spełniać się także jako kapitan.

Kto następny?

Automatycznie pojawiają się tutaj dwa nazwiska. Jednym z nich jest Anze Kopitar – wieloletnia supergwiazda i najjaśniejszy punkt na firmamencie hokeja w Kalifornii. Super-snajper nigdy nie był jednak typowany na mentalnego lidera zespołu – jest to zawodnik, pod którego się gra, a nie taki który będzie dbał o morale całej drużyny.

Najbardziej sensownym i naturalnym wyborem wydaje się tutaj koń roboczy i jeden z najlepszych obrońców ligi – Drew Doughty. Świetnie punktujący, bardzo dynamiczny i będący absolutnie zawsze i wszędzie defensor zasługuje na miano kolejnego kapitana. Jego zaangażowanie w grę dla Kings widać od zawsze i stoi ono zawsze na najwyższym poziomie. Zawodnik staje w obronie kolegów, nigdy się nie poddaje i w odróżnieniu do Browna, nie wydaje się być zrezygnowany gdy wyjeżdża na lód.