Większość z was myśli, że NHL to po prostu szybka gra, twarde bandy, ostre krawędzie i wybite zęby. Że to produkt marketingowy sprzedawany w lśniących arenach, gdzie najważniejszy jest hot-dog za dwanaście dolców i ryk spikera po strzelonej bramce.

Bzdura.

NHL to przede wszystkim niekończąca się, brutalna lekcja pokory. W jednej chwili jesteś na absolutnym szczycie świata, popijasz szampana z chłodnego metalu Pucharu Stanleya, a następnego wieczoru twoja obrona przypomina durszlak, a bramkarz ma ochotę zapaść się pod lód i nie wracać do następnego zlodowacenia.

Patrzę właśnie zestawienie pokazujące największe klęski oraz dokumentujące największe triumfy każdej z 32 organizacji. Te cyferki na kolorowych tłach to nie są po prostu statystyki dla zakompleksionych nerdów w grubych okularach. To prawdziwe pomniki chwały i cmentarze godności. Dostajesz tu w łeb z taką siłą, jakbyś zamiast małym, wulkanizowanym krążkiem zarobił w zęby luźną kostką Bauma na krzywo ułożonym polskim chodniku. Przeanalizowałem każdy z tych wyników, wzdłuż i wszerz. Poszperałem w archiwach, wyciągnąłem pożółkłe gazety z czasów, gdy na lód wychodziło się bez kasku, z papierosem w zębach.

W tej lidze absolutnie nikt nie jest bezpieczny. Nikt.

NAJWIĘKSZE PORAŻKI KAŻDEGO KLUBU W HISTORII

Hokej
Hokej

Zacznijmy od prehistorii, bo w erze Oryginalnej Szóstki krew lała się na tafli najgęściej, a zasady przypominały walki psów. Weźmy takie Detroit Red Wings. 23 stycznia 1944 roku rozjechali w kultowej Olympia Stadium New York Rangers wynikiem 15:0. To wciąż aktualny, najwyższy wynik bez straty gola w nowożytnej historii NHL.

Syd Howe latał po lodzie jak nakręcony, asystując i punktując rywali raz za razem – strzelił w trzeciej tercji w odstępie sześciu minut swoje bramki z numerami 13, 14 i 15. Rangersi zostali zmiażdżeni, upokorzeni, wgnieceni w lód jak topiona marzanna pod kołami przeładowanego i dymiącego Stara 266, pędzącego rano na budowę. Biedny bramkarz Nowojorczyków, Ken McAuley, zaliczył 43 interwencje w tym meczu, a krążek wyciągał z siatki z taką tragiczną regularnością, że pewnie nabawił się rwy kulszowej. A pomyślcie, że tuż po syrenie wpadł 16 gol, ale sędzia na szczęście go nie uznał. Rangersi pewnie do dziś zgrzytają zębami na wspomnienie tamtego wieczoru, mimo że po latach sami potrafili sprać 12:1 California Golden Seals w sezonie 1971-72. Marną to jednak stanowi pociechę, gdy ma się w papierach piętnaście straconych goli w jednym meczu.

Karma jednak w NHL zawsze wraca. I to z podwójną siłą.

Detroit, ci wielcy pogromcy z 1944, też musieli w końcu przełknąć gorzką pigułkę. W sezonie 1970-71 to oni dostali epickie bęcki 0-13. Kto ich tak urządził? Oczywiście Toronto Maple Leafs. Klonowe Liście, które z kolei potrafiły wygrać 14:1 z Rangersami w 1956, siedem lat później oberwały żenujące 0:11 od Boston Bruins. Pycha kroczy w tej lidze przed upadkiem zdecydowanie pewniej, niż spocony polski turysta w tanich klapkach wspinający się na Giewont w środku lipcowej burzy. Niedźwiadki z Bostonu potrafiły deklasować, ot, choćby zdemolowali Washington 14:3, żeby potem, w latach 60. i 70., dwukrotnie zejść do szatni z płaczem i wynikiem 0:9 na koncie (odpowiednio z Rangersami i Atlantą Flames).

Urwijmy na chwilę ten wątek. Wdech. Wydech. Jedziemy do Kanady.

A Montreal Canadiens? O rany. Legenda. Świętość w hokejowym panteonie. W zamierzchłym sezonie 1919-20 przejechali się po Quebec Athletics aż 16:3. Wyobraźcie to sobie – to były czasy, gdy hokeiści rąbali się kijami przypominającymi drągi do wbijania pali. To rekord ligi, o którym w frankofońskim Quebecu na pewno woleliby nie pamiętać. Ale Habs też mają w szafach swoje mroczne demony. Aż czterokrotnie w swojej historii przegrali okrągłym 0:10, w tym z takimi potęgami jak Ottawa, Boston, Detroit i… zupełnie niedawno z Columbus Blue Jackets (sezon 2016-17).

Kanadyjska, utytułowana duma z Montrealu opadła tamtego wieczoru szybciej niż szumne, obietnice przedwyborcze w brutalnym zderzeniu z nową ustawą budżetową. Wyobrażacie to sobie? Taki dumny Montreal upokorzony przez prowincjonalny Columbus, dla którego te 10:0 do dzisiaj jest największym i najważniejszym zwycięstwem w całej historii ich bezbarwnej organizacji. Chociaż sami Niebiescy też potrafili potknąć się o własne nogi, przegrywając 0:8 z Bostonem (01-02).

A Chicago Blackhawks? W sezonie 68-69 spuścili bezlitosny łomot Philadelphii Flyers 12:0. 13 lat później zapłacili za to ogromną cenę, dostając odwetowe 0:12 od starego rywala, Detroit. W tej lidze pamięć jest długa. Nikt nie wybacza.

Przenieśmy się teraz do lat 80. i wczesnych 90. To był absolutny Dziki Zachód. Era Wayne’a Gretzky’ego, Mario Lemieux i obrony, która na lodzie istniała tylko z nazwy. Taktyka defensywna z tamtych lat przypominała te zardzewiałe, dziurawe siatki na polne zające, które mój stary wujek Zbyszek namiętnie rozkładał na swojej działce za miastem, a szkodniki i tak co noc wyżerały mu całą sałatę. Hokej był wtedy festiwalem radosnego zdobywania bramek.

Złoci chłopcy, Edmonton Oilers, w sezonie 85-86 stanowili maszynę do zabijania, hokejowego Terminatora. Rozgromili na przykład nieszczęsne Vancouver Canucks aż 13:0. To przypominało chłodną, wykalkulowaną egzekucję. A jednak ci sami wielcy Oilers – hej, z wielkim Gretzkym na czele! – zaledwie dwa lata wcześniej w sezonie 83-84 zostali rozbici w pył wynikiem 0:11 przez śmiesznych Hartford Whalers (dzisiejsza Carolina Hurricanes, która notabene swoje najwyższe zwycięstwo, 11:0, zaliczyła właśnie w tym kuriozalnym meczu, by potem, już w Karolinie Północnej, przegrać koszmarnie 0:9 z Atlantą). Z kolei Orki z Vancouver też nie mają czystego sumienia. Sami zebrali od Edmonton baty 0:13, by kilka lat później zniszczyć równe 11:0 kanadyjskich rywali zza miedzy, Calgary Flames.

Patologia. Patologia w najczystszej postaci

To wszystko przypomina zamknięty, wyniszczający krąg hokejowej przemocy rodem z kłótni

__________________________________
Aby czytać dalej

Wybierz jedną z opcji abonamentu i ciesz się nieograniczonym dostępem do serwisu. NHL w PL to miejsce naszej pracy. Traktuj nas jak gazetę lub magazyn. Dziennik lub miesięcznik, przy tworzeniu którego działa wiele osób za określone wynagrodzenie.

Możesz nam zaufać! Współpracujemy z uznanymi na polskim rynku markami jak TVP, czy wydawnictwo SQN, a o naszej rzetelności i bezpieczeństwie całego procesu świadczą już setki sprzedanych przez nas abonamentów.

Płatność jest prosta i intuicyjna ale w razie wątpliwości w FAQ zobaczysz jak wygląda proces zakupu. Zapraszamy do działu z darmowymi artykułami gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto w nas zainwestować.

Istnieje możliwość zapłaty zwykłym przelewem bankowym. W tym celu proszę wykonać przelew na konto:

NHL W PL
86291000060000000003362403

W tytule należy podać wybrany abonament i adres e-mail. Jak tylko otrzymamy pieniądze, uaktywnimy konto. Można to przyspieszyć przesyłając nam potwierdzenie przelewu na re******@**lw.pl

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni22 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni60 zł
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 180 dni108 zł