NHL może wchodzić właśnie w bardzo ciekawy etap, jeśli chodzi o rynek transferowy i pozycję największych gwiazd ligi. Coraz więcej czołowych zawodników podpisuje wieloletnie kontrakty z pełną lub bardzo szeroką ochroną przed transferem, a następnie wykorzystuje te zapisy nie tylko po to, aby pozostać w wybranym klubie, lecz również do wskazania konkretnego kierunku odejścia.
Tegoroczne lato przyniosło kilka wyjątkowo głośnych przykładów, a sprawa stała się na tyle poważna, że odniósł się do niej komisarz NHL Gary Bettman. Jego zdaniem obecne wykorzystywanie klauzul no-trade i no-movement zaczyna odbiegać od tego, czemu pierwotnie miały służyć.
– Kiedy patrzę na to, co dzieje się obecnie, nie uważam, że jest to dobre. Nie sądzę, żeby było to dobre dla zawodnika, klubu czy więzi kibiców z ligą – mówił Bettman na antenie „The FAN Hockey Show”.
Komisarz przypomniał, że ochrona przed transferem była tworzona przede wszystkim jako zabezpieczenie dla zawodnika decydującego się związać z daną organizacją na wiele lat. Gracz mógł zaakceptować dłuższy kontrakt, a czasami nawet bardziej korzystne dla klubu warunki finansowe, w zamian za pewność, że nie zostanie nagle wysłany na drugi koniec kontynentu.
Problem pojawia się wtedy, gdy mechanizm zaczyna działać w zupełnie inną stronę.
– Pomysł, według którego możesz wybrać sobie miejsce, do którego chcesz trafić, a następnie zażądać transferu, nigdy nie był pierwotnym zamiarem. Jeżeli stanie się to problemem – a nie uważam, że jedno lato już o tym przesądza – będziemy musieli porozmawiać o tym ze Stowarzyszeniem Zawodników NHL – tłumaczył Bettman.
Tkachuk, Larkin i Hellebuyck pokazali, jak duża może być władza zawodnika
Najbardziej oczywistym przykładem jest Brady Tkachuk. Kapitan Ottawa Senators poprosił o transfer po sezonie 2025/26, mimo że w jego siedmioletnim kontrakcie o wartości 57,5 mln dolarów pozostawały jeszcze dwa lata.
Dzięki pełnej klauzuli no-movement Tkachuk zachował ogromną kontrolę nad całym procesem. Początkowo przekazał Senators bardzo krótką listę klubów, do których byłby skłonny zaakceptować transfer, a później ograniczył ją praktycznie do jednego kierunku – Florida Panthers.
Ostatecznie Ottawa znalazła sposób na przeprowadzenie wielkiej wymiany, a Tkachuk trafił na Florydę, gdzie połączył siły ze swoim bratem Matthew.
Podobną sytuację obserwujemy w Detroit.
Dylan Larkin poprosił Red Wings o transfer, mimo że wciąż pozostawało mu pięć sezonów z ośmioletniej umowy wartej 69,9 mln dolarów, podpisanej w 2023 roku. Reprezentujący zawodnika agent przekazał klubowi krótką listę drużyn, do których wieloletni kapitan Detroit byłby gotowy odejść.
I właśnie tutaj zaczyna się największy problem z punktu widzenia menedżera.
Jeżeli zawodnik posiada pełną ochronę przed transferem i sam domaga się odejścia, ale jednocześnie zgadza się wyłącznie na dwa czy trzy konkretne kluby, pozycja negocjacyjna jego obecnej organizacji drastycznie słabnie. Potencjalni partnerzy doskonale wiedzą, że konkurencja jest ograniczona, a generalny menedżer nie może po prostu zaakceptować najlepszej oferty dostępnej na rynku.
Właśnie w takiej sytuacji znalazł się obecnie generalny menedżer Red Wings Shawn Horcoff.
Jeszcze dalej poszedł Connor Hellebuyck.
Bramkarz Winnipeg Jets, który nadal ma przed sobą kilka lat siedmioletniego kontraktu o wartości 59,5 mln dolarów, już kilka miesięcy temu prywatnie poprosił klub o transfer. W sierpniu jego żądanie stało się publiczne.
Hellebuyck nie pojawił się następnie na obozie przygotowawczym i został zawieszony przez Jets, co zamieniło jego sytuację w jeden z najbardziej nietypowych konfliktów na linii gwiazda–klub, jakie oglądaliśmy w NHL w ostatnich latach.
Podobnie jak Tkachuk i Larkin, Hellebuyck również posiada pełną ochronę i listę klubów, do których byłby skłonny zaakceptować transfer. To oznacza, że Kevin Cheveldayoff nie może prowadzić klasycznej licytacji z całą ligą.
Quinn Hughes jest częścią tej dyskusji, ale jego sytuacja wygląda inaczej
W rozmowach dotyczących rosnącej kontroli zawodników nad własną przyszłością pojawia się również nazwisko Quinna Hughesa, choć jego przypadek nie jest identyczny.
Hughes został w grudniu wymieniony z Vancouver Canucks do Minnesota Wild i rozpoczyna właśnie ostatni sezon obowiązującej umowy. Nie wystosował publicznego żądania transferu podobnego do Hellebuycka czy Larkina.
Jego sytuacja pokazuje jednak szerszą zmianę na rynku: największe gwiazdy mają coraz większy wpływ na to, gdzie będą kontynuować karierę, szczególnie gdy zbliżają się do końca kontraktu lub posiadają rozbudowane zabezpieczenia w umowie.
I właśnie to rozróżnienie jest bardzo ważne.
Nie chodzi bowiem o to, że zawodnicy nagle przestali respektować podpisane kontrakty. Wręcz przeciwnie – bardzo często to same kontrakty zapewniają im prawo do blokowania transferów lub ograniczania listy potencjalnych nowych klubów.
Problem NHL polega na tym, że zawodnicy zaczynają wykorzystywać te prawa w sposób, którego część klubów prawdopodobnie nie przewidywała w momencie podpisywania umów.
NHL wyróżnia się na tle innych wielkich lig
Skala zjawiska staje się jeszcze bardziej interesująca po zestawieniu NHL z innymi najważniejszymi ligami zawodowymi w Ameryce Północnej.
Według Adama Proteau z „The Hockey News” około 279 zawodników NHL posiada obecnie jakąś formę ochrony przed transferem – od możliwości zablokowania wymiany do kilku konkretnych klubów aż po pełne klauzule no-trade i no-movement.
Dla porównania w MLB podobną ochronę ma około 70 zawodników, nie wliczając graczy posiadających tak zwane prawa „10-and-5”. W NFL jest to zaledwie ośmiu zawodników, a w NBA – jedenastu.
Różnica jest więc ogromna.
Co więcej, liczba hokeistów posiadających tego typu zabezpieczenia wzrosła w ciągu roku o około 45.
Nie jest to przypadek.
Kluby nie mają obowiązku rozdawania klauzul no-trade. Robią to jednak dlatego, że mogą one stanowić bardzo wartościową kartę przetargową podczas negocjacji.
Jeżeli zawodnik może podpisać kontrakt gdzie indziej albo żąda wyższego wynagrodzenia, generalny menedżer może zaproponować mu pełną lub częściową ochronę przed transferem. Dzięki temu klub czasami uzyskuje korzystniejszy cap hit albo przekonuje zawodnika do podpisania dłuższej umowy.
A gdy jeden zawodnik określonego poziomu otrzyma taką klauzulę, jego koledzy oraz agenci szybko wykorzystują ten precedens przy kolejnych negocjacjach.
W ten sposób ochrona przed transferem staje się coraz bardziej powszechna.
Kluby same stworzyły ten problem
Warto przy tym podkreślić jedno: generalni menedżerowie doskonale wiedzą, co oznacza podpisanie umowy z pełną klauzulą no-trade lub no-movement.
Oddają część kontroli zawodnikowi.
Być może nie spodziewali się sytuacji, w których Tkachuk, Larkin czy Hellebuyck sami poproszą o transfer, a następnie jeszcze ograniczą listę możliwych kierunków. Jest to jednak ryzyko wpisane w konstrukcję takiego kontraktu.
Jeżeli zawodnik ma ostatnie słowo w sprawie wymiany, będzie mógł go użyć zarówno wtedy, gdy klub będzie chciał się go pozbyć, jak i wtedy, gdy to on sam będzie naciskał na odejście.
To istotna różnica.
W ostatnich latach widzieliśmy bowiem również sytuacje odwrotne, gdy klub próbował zmusić zawodnika z klauzulą no-trade do zaakceptowania konkretnej wymiany, grożąc umieszczeniem go na waivers. W takim scenariuszu gracz traciłby kontrolę nad kolejnym klubem.
Takie przypadki również nie były zapewne tym, co wyobrażano sobie przy tworzeniu systemu ochrony przed transferami.
Obecne wydarzenia są więc w pewnym sensie drugą stroną tej samej monety.
Czy NHL naprawdę zmieni przepisy?
Bettman zaznaczył, że liga nie zamierza wyciągać daleko idących wniosków na podstawie jednego lata.
I jest to rozsądne podejście.
Po raz pierwszy obserwujemy kilka bardzo głośnych przypadków w tak krótkim czasie, w których zawodnicy posiadający pełną ochronę jednocześnie domagają się transferu i wskazują bardzo wąską grupę akceptowanych klubów.
Nie oznacza to jeszcze, że taki model stanie się nową normą.
Możliwe, że był to po prostu wyjątkowy zbieg okoliczności i kilka niezależnych od siebie przypadków niezadowolonych gwiazd.
Z drugiej strony: jeżeli Tkachukowi, Larkinowi czy Hellebuyckowi uda się osiągnąć to, czego chcieli, dlaczego kolejni zawodnicy mieliby w przyszłości nie próbować tego samego?
I właśnie tutaj znajduje się największe zmartwienie Bettmana.
Nie chodzi wyłącznie o pojedyncze wymiany. Chodzi o potencjalny precedens.
Jeżeli zawodnik może podpisać ośmioletni kontrakt, otrzymać pełną ochronę przed transferem, a kilka lat później wskazać dwa kluby, do których chce zostać wymieniony, zmienia się tradycyjne rozumienie wieloletniej umowy jako zobowiązania obu stron.
Z perspektywy zawodnika można na to patrzeć jako na większą kontrolę nad własną karierą.
Z perspektywy klubu – jako na ograniczenie możliwości zarządzania aktywami i osłabienie pozycji negocjacyjnej.
Szybkiej rewolucji jednak nie będzie
Nawet gdyby władze NHL uznały, że obecna sytuacja rzeczywiście wymaga zmian, ich wprowadzenie nie będzie łatwe.
Obecny układ zbiorowy NHL – CBA – obowiązuje do września 2030 roku. Trudno zakładać, żeby NHLPA zgodziło się wcześniej otworzyć część porozumienia tylko po to, aby ograniczyć prawa, które obecnie działają na korzyść zawodników.
Jeżeli temat wróci przy negocjowaniu kolejnego porozumienia lub przedłużeniu obecnego CBA, będzie to zupełnie inna sytuacja.
Na ten moment pozostajemy jednak kilka lat od takiego scenariusza.
Dlatego w najbliższym czasie odpowiedzialność będzie spoczywać głównie na generalnych menedżerach.
To oni będą musieli zdecydować, czy warto nadal rozdawać pełne klauzule no-trade i no-movement tak często, jak miało to miejsce w ostatnich latach.
Problem w tym, że rynek szybko sprowadza teorię do rzeczywistości.
Jeżeli do pozyskania gwiazdy albo przedłużenia z nią kontraktu konieczne będzie dorzucenie pełnej ochrony przed transferem, zdecydowana większość klubów zapewne nadal to zrobi.
Teraz będą jednak podejmowały takie decyzje z pełną świadomością dodatkowego ryzyka.
Zawodnik, któremu klub daje niemal pełną kontrolę nad swoją przyszłością, może w pewnym momencie zdecydować się z tej kontroli skorzystać.
I niekoniecznie w sposób, jaki podczas podpisywania kontraktu wyobrażała sobie druga strona.
Bettman wyraźnie daje więc do zrozumienia, że NHL obserwuje sytuację. Jedno lato nie wystarczy jeszcze do ogłoszenia kryzysu, ale jeżeli obecny trend będzie się powtarzał, klauzule no-trade mogą stać się jednym z najciekawszych i najbardziej spornych tematów podczas kolejnych negocjacji pomiędzy ligą a NHLPA.
Bo pytanie przestaje już brzmieć wyłącznie: „czy zawodnik powinien mieć prawo zablokować transfer?”.
Coraz częściej brzmi ono: „jak dużą kontrolę nad rynkiem transferowym powinien otrzymywać zawodnik, który sam chce odejść?”.


Komentarze pod tekstem