Barry Melrose zmarł w wieku 70 lat i mam wrażenie, jakby ktoś zgasił jedną z tych neonowych lamp, które od 30 lat świeciły nad amerykańskim hokejem, zbyt jaskrawo, żeby ktokolwiek mógł ją zignorować. Jego żona Cindy przekazała tę informację Steve’owi Levy’emu ze stacji ESPN, więc nawet w chwili odejścia Melrose zachował swój styl: powiadomił świat przez kolegę z anteny, bo cała jego dorosłość kręciła się wokół tej samej ekipy ludzi.
Trzy lata wcześniej, jesienią 2023 roku, ogłosił, że ma chorobę Parkinsona i że kończy pracę w telewizji. Powiedział wtedy, że miał ponad 50 wspaniałych lat gry, trenowania i analizowania najlepszej gry świata, i że przyszedł czas, żeby zdjąć łyżwy. Zabrzmiało to jak pożegnanie kogoś, kto wie, że kurtyna opada, ale postanowił zejść ze sceny z podniesioną głową, a nie na kolanach.
Zacznijmy od tego, kim właściwie był Melrose, zanim stał się twarzą hokeja w telewizji, bo młodsze pokolenie kojarzy go głównie ze słynnym fryzurą na czeskiego hokeistę na głowie i garniturami, które wyglądały, jakby zostały zdjęte prosto z planu jakiegoś zapomnianego teledysku z lat 80. Zanim jednak wszedł do studia, przez 11 lat próbował swoich sił jako zawodnik. Najpierw w WHA, gdzie przez 3 sezony grał w Cincinnati Stingers ramię w ramię z młodziutkim Markiem Messierem, później w NHL, gdzie w barwach Winnipeg Jets, Toronto Maple Leafs i Detroit Red Wings rozegrał 300 meczów. Statystyki: 10 goli i 23 asysty, do tego 728 minut kar w 300 meczach. Dla porównania, w WHA w 178 spotkaniach zdobył 5 goli i uzbierał 32 punkty, mając na koncie 343 minuty kar. To nie jest życiorys gwiazdy. To życiorys twardziela, który wiedział, że na chleb nie zarobi finezją, więc zarabiał pięściami i łokciami, a punktów szukał raczej w tabeli kar niż w tabeli strzelców.
Kariera trenerska zaczęła się skromnie. Medicine Hat Tigers i tytuł mistrzowski w juniorskiej lidze WHL w 1987 roku, potem Seattle Thunderbirds, a następnie 3 sezony w AHL z Adirondack Red Wings, zwieńczone Pucharem Caldera w 1991 roku. Solidna, mrówcza robota w cieniu wielkiej ligi. Prawdziwy przełom przyszedł w 1992 roku, kiedy Los Angeles Kings dały mu stery drużyny, w której grał Wayne Gretzky. I tu zaczyna się historia, którą amerykański hokej opowiada sobie do dzisiaj. Sezon 1992/1993, Kings bez przewagi własnego lodowiska przechodzą 3 rundy fazy pucharowej, Gretzky strzela 3 gole w siódmym meczu z Toronto Maple Leafs, a Los Angeles po raz pierwszy w historii gra o Puchar Stanleya. Przegrali w 5 meczach z Montrealem, ale to już nie miało znaczenia. Melrose zdążył wepchnąć hokej na afisze Hollywood, tam gdzie wcześniej nikt nawet nie wiedział, że krążek jest z gumy.
Potem było już z górki, w sensie czysto sportowym. W 1994 roku Kings odpadły z gry o medale, a rok później Melrose wyleciał po 41 meczach sezonu. Jego bilans trenerski, 84 zwycięstwa, 108 porażek i 29 remisów, w żadnym podręczniku nie zrobi z niego wielkiego stratega. Ale hokej to nie tylko arkusz kalkulacyjny. To także pytanie, czy ktoś potrafi zbudować chwilę, którą ludzie zapamiętają dłużej niż wynik. Melrose to potrafił. Bruce Springsteen śpiewał kiedyś o facetach, którzy błyszczą przez jedno lato, a potem żyją z tego blasku do końca życia. Barry Melrose był dokładnie takim facetem, tylko zamiast gitary miał tablicę taktyczną i marynarkę w te swoje charakterystyczne, oślepiające paski.
Później spróbował jeszcze raz. W sezonie 2008/2009 objął Tampa Bay Lightning, i to była katastrofa trwająca dokładnie 16 meczów. Szybki powrót do studia telewizyjnego okazał się najlepszą decyzją jego życia, bo to właśnie tam, a nie za bandą, Melrose znalazł swoje prawdziwe powołanie.
I tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Dla mnie, jako kogoś, kto od lat patrzy na hokej z europejskiej perspektywy, najciekawsze jest to, jak Melrose zrobił z niszowego sportu coś, co Amerykanie oglądali nawet wtedy, gdy nikomu w danym meczu nie kibicowali. W kraju, gdzie hokej od zawsze siedzi w cieniu futbolu amerykańskiego, koszykówki i baseballu, ten facet z Saskatchewan, mówiący bez ogródek i noszący fryzurę rodem z kopalni węgla, zbudował sobie pozycję, o jakiej marzy każdy komentator sportowy na świecie. Dołączył do ESPN w 1994 roku, kiedy stacja zgarnęła nagrodę Emmy za pokrycie fazy finałowej Pucharu Stanleya, a od października 1996 roku pracował już na pełny etat, najczęściej u boku Steve’a Levy’ego i Johna Buccigrossa. Prowadził też transmisje meczów dla ESPN i ABC. Krótko mówiąc: przez blisko 3 dekady, jeśli w Stanach leciało coś o hokeju, Melrose kręcił się gdzieś w pobliżu mikrofonu.
Zresztą jego popularność wykroczyła daleko poza sport. Zagrał samego siebie w filmie Mystery Alaska z 1999 roku, wystąpił gościnnie w odcinku serialu Spin City z Michaelem J. Foxem w 2001 roku, a rok później pojawił się w Slap Shot 2. To nie jest życiorys eksperta zamkniętego w hokejowej bańce. To życiorys człowieka, który zrozumiał, że telewizja lubi charaktery, nie tylko liczby na tablicy wyników.
Piszę to z pewną zazdrością, bo w polskim hokeju wciąż czekamy na kogoś, kto miałby odwagę Melrose’a. U nas eksperci zwykle mówią cicho, poprawnie i tak, żeby nikogo nie urazić, jakby się bali, że za mocne zdanie skończy się telefonem od związku. Trochę próbuje to zmienić – mówić o rzeczach wprost – ale chyba daleko mi do jego odwagi i śmiałości. Melrose nigdy się tym nie przejmował. Mówił, co myślał, ubierał się tak, że bolały od tego oczy, i właśnie dlatego ludzie, którzy nigdy nie widzieli meczu NHL na żywo, włączali telewizor tylko po to, żeby posłuchać, co powie. To jest umiejętność, której nie da się wyuczyć na żadnych studiach dziennikarskich. Albo się ją ma, albo się przez całe życie czyta z kartki.
Reakcje po jego śmierci mówią same za siebie. Szczerze, rzadko widuje się aż taką falę emocji po odejściu kogoś, kto formalnie tylko komentował sport. Buccigross napisał, że Melrose był jego najlepszym przyjacielem w ESPN, człowiekiem o żelaznych wartościach, i że wiadomość o jego śmierci dotarła do niego akurat na lodowisku w Las Vegas, gdzie szykował się do nowego sezonu. Trudno wymyślić bardziej symboliczne miejsce. Steve Levy przez ponad 30 lat dzielił z nim mikrofon i powiedział, że Melrose był niekwestionowaną twarzą i głosem hokeja w Stanach Zjednoczonych, po czym wzniósł w duchu toast za chłopaka z Kelvington w Saskatchewan, który zrobił wielką karierę, ale nigdy nie zapomniał, skąd pochodzi. Komisarz ligi Gary Bettman ujął to jeszcze dosadniej, mówiąc, że sama fryzura i kolorowe marynarki czyniły z niego postać nie do pomylenia z nikim innym, ani na lodowisku, ani na antenie. A Wayne Gretzky, największa gwiazda, jaką kiedykolwiek trenował, powiedział przy okazji jego pożegnania z ESPN, że hokej to coś więcej niż gra, to społeczność przypominająca dobrze zestrojoną orkiestrę, a Melrose był jej dyrygentem. Ładnie powiedziane, choć podejrzewam, że sam Melrose wolałby usłyszeć, że był raczej perkusistą zespołu rockowego, rozwalającym talerze, niż eleganckim dyrygentem we fraku.
Byli zawodnicy Kings też się odezwali. Rob Blake, dziś członek Hockey Hall of Fame, a wtedy młody obrońca pod wodzą Melrose’a, wspominał go jako świetnego człowieka na czele drużyny, który kochał hokej i dla którego blichtr Los Angeles nie robił żadnego wrażenia. Tony Granato dodał, że Melrose potrafił rozświetlić każde pomieszczenie, w którym się pojawił, i że nie było w nim ani grama fałszu. Prezes Kings, Luc Robitaille, grający w tamtej drużynie u boku Gretzky’ego, przekazał, że strata przyjaciela dotknęła go osobiście, a wpływ Melrose’a na rozwój hokeja w Stanach był nie do przecenienia.
A potem, w czwartek, sprawa nabrała zupełnie nieoczekiwanego wymiaru, bo hołd Melrose’owi złożył na platformie X sam Lil Wayne. Raper nazwał go legendą i przyznał, że wiadomość o jego odejściu doprowadziła go do łez. Można się uśmiechnąć, że raper z Nowego Orleanu płacze po hokejowym analityku z Saskatchewan, ale to chyba najlepszy dowód na to, jak szeroko Melrose potrafił rozlać swoją obecność poza granice jednej dyscypliny. Nie codziennie zdarza się, żeby twarz kojarzona głównie z drugą tercją i przewagą liczebną wywoływała łzy u kogoś, kto na co dzień żyje zupełnie innym światem.
Zostawił po sobie żonę Cindy i dwóch synów, Tyrella i Adriena. I szczerze mówiąc, czytając te wszystkie wspomnienia kolegów z anteny, mam wrażenie, że najbardziej brakować będzie nie analityka, tylko człowieka, który każdemu, kto stanął obok niego przy stoliku eksperckim, dawał poczucie, że hokej to nadal jest zabawa, a nie tylko slajdy z zaawansowaną analityką i mapy cieplne.
Będzie mi go brakować, mimo że nigdy nie wymieniliśmy ani słowa, mimo że oglądałem go głównie w wycinkach udostępnianych w sieci, bo w Polsce ESPN tylko krótkim okresem w wersji America był na wyciągnięcie pilota. Ale to jest dokładnie ten rodzaj postaci, po którym zostaje coś więcej niż statystyki. Zostaje styl. A stylu, w przeciwieństwie do wygranych meczów, nie da się zapisać w żadnej tabeli.
Śpij spokojnie, Barry.


Komentarze pod tekstem