Kilka słów wstępu

Mieliśmy dziś awarię serwera co skutecznie wybiło mnie z rytmu pisania musiałem zająć się ogarnianiem naprawienia usterki konsultacji z supportem. Zamiast o godzinie 14 Nocna Zmiana ląduje w waszych rękach i oczach pod sam wieczór – dlatego stwierdziłem że dziś będzie to darmowy nie wymagający opłat artykuł – tak aby te kilka osób które czyta tylko darmową sekcję mogło przekonać się na jakim poziomie codziennie „pracujemy”. 2000 słów, byłoby więcej ale czas w związku z powyższymi problemiami nie pozwolił zając się tą grubą wczorajszą kolejką w całości jak chciałem. Przepraszamy i widziamy się ponownie jutro! Wspierajcie dobre dziennikarstwo 🙂 – Redakcja NHL w PL (Michał Ruszel)

Wyniki meczów NHL z środy i czwartku:

New York Islanders – New York Rangers 5:2
Columbus Blue Jackets – Philadelphia Flyers 5:3
Ottawa Senators – Colorado Avalanche 5:2

Boston Bruins – Philadelphia Flyers 6:3
Buffalo Sabres – Los Angeles Kings 4:1
Carolina Hurricanes – Utah Mammoth 5:4
Montreal Canadiens – Colorado Avalanche 7:3
New Jersey Devils – Nashville Predators 3:2ot
New York Rangers – New York Islanders 1:2
Pittsburgh Penguins – Chicago Blackhawks 6:2
Tampa Bay Lightning – Winnipeg Jets 4:1
Detroit Red Wings – Washington Capitals 3:4pen
Minnesota Wild – Calgary Flames 4:1
St. Louis Blues – Florida Panthers 5:4
Edmonton Oilers – San Jose Sharks 4:3ot
Seattle Kraken – Toronto Maple Leafs 5:2
Vancouver Canucks – Anaheim Ducks 2:0
Vegas Golden Knights – Dallas Stars 4:5pen

Szkiełko dnia: Gość jest znowu „chory”

I oto mamy kolejny rozdział w serii „Przygody Jacka Hughesa ze szpitalnym łóżkiem”. Kapitan ekipy Devils opuścił czwartkowe starcie z Predators już w pierwszej tercji, zanotowawszy zaledwie 2 minuty i 27 sekund czasu gry rozłożonych na trzy zmiany. Scenariusz był równie dramatyczny co przewidywalny – Hughes pojawił się na lodzie, zjechał do szatni, wrócił na jedną zmianę, po czym zniknął na dobre, pozostawiając swoją drużynę w zdziesiątkowanym składzie. Trener Sheldon Keefe uspokajał po meczu, że to „nic poważnego”, jedynie „coś skręcone”. Cóż za ulga, prawda? W końcu mogło być gorzej przynajmniej nie chodzi o ramię ani rękę, które już wcześniej fundowały kibicom Diabłów niemało szarych włosów.

Żeby docenić pełną groteskę sytuacji, warto spojrzeć na historię medyczną 24-letniego gwiazdora. Od debiutanckiego sezonu 2019-20, kiedy opuścił osiem spotkań z powodu, Hughes nie zaznał ani jednego w pełni zdrowego roku. Sezon 2020-21 przebrnął bez większych przeszkód, ale potem zaczęło się prawdziwe tango z kontuzjami. W kampanii 2021-22 stracił 30 meczów – 13 i 17. Rok później kolejne cztery spotkania wypadły przez urazy. Najboleśniej było jednak w zeszłym sezonie, kiedy aż 20 pojedynków oglądał z trybuny. Teraz, w bieżących rozgrywkach, Hughes zdążył już przegapić kilka spotkań, a lista jego nieobecności rośnie szybciej niż zadłużenie przeciętnego kibica na biletach sezonowych.

Hughes leży w wannie pełnej małych białych kulek styropianowych, przypominającej suchy basen dla dzieci. Ta wizja doskonale oddaje frustrację fanów: ich kapitan spędza więcej czasu na leczeniu niż na lodzie. A przecież mówimy o zawodniku, który w pełni formy jest jednym z najbardziej dynamicznych środkowych w całej lidze. Gdy jest zdrowy, potrafi być absolutnie nieuchwytny – jego szybkość, kreacja i umiejętność czytania gry czynią z niego koszmar dla każdego defensora. Problem w tym, że określenie „gdy jest zdrowy” pojawia się przy Hughesie równie często jak pytanie o zmianę przepisów dotyczących przepychania kijka pod maskę bramkarza.

Dla New Jersey to cios w szczególnie niefortunnym momencie. Drużyna desperacko potrzebuje każdego punktu, by utrzymać się w walce o mistrzostwa. Już wcześniej brakowało Cody’ego Glassa, który zablokował strzał we wtorkowym meczu. Teraz, z Hughesem poza składem, centrum drużyny wygląda jak szwajcarski ser – same dziury. Dawson Mercer musiał przesunąć się na środek, a Luke Glendening wrócił do składu, co nie napawa optymizmem. Jeśli zarówno Hughes, jak i Glass będą nieobecni w następnym spotkaniu, hierarchia środkowych będzie wyglądać mniej więcej tak: Nico Hischier na szczycie, potem Mercer, a dalej chaotyczna mieszanka Glendeninga, Cottera i może Juho Lammikko. To nie jest skład mistrzowski. To skład „przetrwajmy jakoś ten sezon i zobaczmy, co będzie”.

Warto wspomnieć o jednym momencie z meczu NJD – NSH. Chodzi o sytuację, w której kij defensora Drapieżników wpada pod pasek parkana bramkarza i tam dosłownie się zakleszcza. Pojedynek zakończył się zwycięstwem Devils 3:2 po dogrywce, choć przez cały wieczór to goście z Nashville dyktowali warunki. Michael McCarron otworzył wynik już w szóstej minucie, wykorzystując zamieszanie po próbie oskrzydlenia Jonathana Marchessault. Dougie Hamilton doprowadził do wyrównania w połowie drugiej tercji, kontynuując swoją passę – była to 10 kolejna potyczka, w której zapisał się na punktowej liście. Filip Forsberg przywrócił prowadzenie Predators w trzeciej tercji, ale Jesper Bratt po efektownej solowej akcji znów wyrównał na 2:2. Rozstrzygnięcie w dogrywce należało do Nico Hischiera, który wykorzystał świetne podanie Dawsona Mercera i dał Devils cenne dwa punkty.

Prawy dnia: Uczciwie apelował o zniesienie kary

Oilers przeżyli prawdziwy rollercoaster emocji w starciu z Sharks, które zakończyło się zwycięstwem gospodarzy 4:3 po dogrywce. Ale oprócz samego dramatu sportowego – od beznadziejnego początku z trzema straconymi bramkami, przez heroiczny powrót w trzeciej tercji, po zwycięskiego gola Zacha Hymana w dogrywce – kibice byli świadkami czegoś równie niezwykłego. Macklin Celebrini, debiutant San Jose, nie tylko próbował grać w należyty sposób, ale wręcz aktywnie protestował przeciwko karze, która… padła na jego przeciwnika. Tak, dobrze przeczytaliście. W czasach, gdy hokeiści walczą o każdą przewagę, młody zawodnik Sharks uczciwością przypomniał, że szlachetność sportowa nie jest tylko pustym frazesem.

Edmonton po katastrofalnym rozpoczęciu (0:3 dla gości po pierwszej tercji) musiało mozolnie odrabiać straty. Leon Draisaitl, uznany za pierwszą gwiazdę meczu, zdobył bramkę na 3:1, później Connor McDavid przy pustej bramce doprowadził do remisu 3:2, a Evan Bouchard wyrównał potężnym strzałem z linii niebieskiej. W tym całym chaosie doszło do kontrowersyjnej sytuacji z Mattiasem Ekholmem, który został ukarany za rzekome uderzenie kijem w twarz – karę, której nawet poszkodowany zawodnik San Jose nie uznał za słuszną. I właśnie tutaj na scenę wkroczył Celebrini. Zamiast wykorzystać przewagę liczebną, młody hokeista dał wyraz swojemu sprzeciwowi wobec niesłusznej decyzji sędziów. To gest tym bardziej wymowny, że mecz był niezwykle wyrównany. Sharks oddali 28 strzałów, Oilers 31, a ostatecznie różnica była minimalna.

Ta sytuacja idealnie wpasowuje się w szerszy kontekst spotkania, które pokazało najlepsze i najgorsze strony obu drużyn. Edmonton, prowadzone przez McDavida (26 minut na lodzie) i Draisaitla (64 procent wygranych wznowień), udowodniło swoją mentalną siłę, wyrównując przy pustej bramce nie raz, ale dwukrotnie – najpierw McDavid, potem Bouchard. Z kolei San Jose, mimo porażki, pokazało charakter.

Imię dnia: Bramkowy powrót Matusza na nic

Matthew Tkachuk wrócił do gry w wielkim stylu, ale ostatecznie musiał skwitować wieczór gorzkim smakiem porażki. Gwiazdor Florida Panthers, który opuścił wiele spotkań, przywitał się z lodowiskiem w sposób, który zapiera dech w piersiach – dwie bramki w drugiej tercji, obie po mistrzowskich podchodach, które zostawiły Joela Hofera bezradnym świadkiem jego kunsztu. Najpierw w końcówce środkowej części meczu, około trzech minut przed końcem, Tkachuk dosłownie wytrącił bramkarza Blues z równowagi, dzięki czemu Panthers zmniejszyli stratę do 4:3. Następnie, zaledwie 77 sekund przed końcem tercji, powtórzył ten numer – znów podejście, znów zamrożenie Hofera, znów krążek w bramce. Wyrównanie 4:4 zdawało się być preludium do triumfu Florydy, tym bardziej że Tkachuk nie tylko strzelał, ale i prowokował – po jednej z akcji wdał się w potyczkę z samym Hoferem za bramką, co doprowadziło do gry cztery na cztery.

Niestety dla Panthers i ich rozgrzanego napastnika, Blues miało w zanadrzu jeszcze jeden as. W ostatnich sekundach meczu, gdy na lodzie było już tylko osiem sekund do końca, Pawieł Buczniewicz rozegrał perfekcyjną akcję wschód-zachód, podając do Jimmy’ego Snuggeruda. Młody zawodnik Blues nie zmarnował szansy, strzał z lewego koła i 5:4 dla gospodarzy. Florida próbowała jeszcze czegoś w końcówce, ale Blues obronili prowadzenie i zapewnili sobie zwycięstwo w szalonym spotkaniu, w którym padło dziewięć bramek przy zaledwie 31 strzałach gospodarzy i 20 gości. To był mecz-rollercoaster, gdzie prowadzenie zmieniało się niczym w kalejdoskopie, a sędziowie rozdali czternaście kar (sześć w pierwszej tercji, osiem w drugiej, licząc potyczki).

Odbicie dnia: Od dziury na kamerę wprost do bramki

Capitals przyjechali do Detroit wiedząc, że to mecz typu „nie wolno przegrać” – balansują na krawędzi playoff i każda porażka może zakończyć ich marzenia. Tom Wilson przed pierwszym wznowieniem mówił jasno: musimy wygrać. I faktycznie, przez większość spotkania wyglądało na to, że goście zrealizują ten plan. Najpierw Nic Dowd pokazał, jak ma wyglądać potężne uderzenie w ciało rywala, przejęcie krążka i gol. Potem ten sam zawodnik przypieczętuje zwycięstwo w konkursach rzutów karnych. Tym razem jednak nie o nim będziemy pamiętać to spotkanie, choć został bohaterem wieczoru po stronie gości.

Minuta 59:07 regulaminowego czasu gry. Detroit przegrywa 2:3, na lodzie sześciu zawodników po wycofaniu bramkarza. Alex DeBrincat, próbując po prostu utrzymać krążek w strefie ataku, wyrzuca go wzdłuż bandy. Normalny, rutynowy ruch, tysiące razy widziany na setkach aren. Tyle że tym razem krążek trafia w miejsce, gdzie Dave Guralnick – fotograf Detroit News dokumentujący mecze od prawie trzydziestu lat – właśnie miał otwór na obiektyw. Siła uderzenia wybiła szybę plexi wprost na kolana fotografa. Krążek odbija się w dziwny sposób, zaskakuje Charliego Lindgrena i wślizguje się pod jego ochraniacze. Bramka. Wyrównanie na 3:3. Arena eksploduje radością, podczas gdy Guralnick siedzi oszołomiony, nie wiedząc, że właśnie zapisał się w historii klubu. „To mnie całkowicie zaskoczyło – później opowiadał mediom. – Siła uderzenia wbiła mi szybę na kolana. Ktoś z Waszyngtonu był wściekły i krzyczał, że powinienem zamknąć otwór. Ale on był zamknięty! Gdyby nie był, pewnie leżałbym teraz w szpitali”.

Wtedy zaczęło się prawdziwe zamieszanie. Zawodnicy Capitals natychmiast protestowali – John Carlson pierwszy domagał się weryfikacji wideo. Przepisy ligi są w tej kwestii jasne: pokrywy otworów fotograficznych powinny być zamknięte, gdy fotograf nie wykonuje zdjęć, obiektyw nie może wystawać więcej niż na cal, a wszelkie osłony są zabronione. Gdyby krążek odbił się od aparatu wystającego przez dziurę, gol zostałby anulowany bez dyskusji. Ale jeśli trafił w szybę lub konstrukcję samego otworu? Wtedy pozostaje. Sędziowie długo analizowali powtórki, Spencer Carbery szkoleniowiec Capitals patrzył z niedowierzaniem. „Nigdy nie widziałem czegoś takiego i myślę, że już więcej nie zobaczę” – przyznał po meczu. Ostatecznie werdykt: bramka zostaje. DeBrincat, który sam nie był pewien, w co właściwie trafił, próbował zachować skromność: „Widziałem, jak odbija się i trafia w jego brzuch, wiedziałem, że ma szansę wejść. Takie sytuacje są bardzo podchwytliwe, ale oczywiście to było szczęśliwe odbicie”.

Gospodarze mieli prawo czuć, że fortuna w końcu się do nich uśmiechnęła, bo wcześniej to oni byli autorami własnych problemów. Pierwsze trafienie Waszyngtonu padło po nieudanym wyprowadzeniu piłki przez Detroit. Drugie kontrowersyjne gdy Dylan Strome zdawał się wyciągać krążek spod rękawicy Johna Gibsona i wpakować go do siatki. McLellan po meczu wciąż uważał, że sędziowie powinni anulować tę bramkę za blokowanie bramkarza. Tymczasem Patrick Kane bił rekord punktów zdobytych przez zawodnika urodzonego w Stanach Zjednoczonych – najpierw gol odwołano za spalonego, potem zanotował asystę przy trafieniu Bena Chiarota i rekord był jego. Tylko że przy stanie 1:3 nikt nie miał ochoty świętować historycznych osiągnięć.

Dogrywka niczego nie rozstrzygnęła, choć przyniosła kolejny dramat. Charlie Lindgren – bramkarz, który właśnie stracił najbardziej kuriozalną bramkę w karierze doznał kontuzji tuż przed syreną kończącą wydłużony czas gry. Musiał zostać, konkursy rzutów karnych czekały. I tu pokazał klasę choć kontuzjowany, choć pewnie sfrustrowany absurdalnym golem na 3:3, wyszedł między słupki. Detroit zaczęło świetnie, pierwsi dwaj strzelcy pokonali Lindgrena, ale Dylan Larkin trafił w poprzeczkę przy trzeciej próbie. Capitals wykorzystały swoją szansę – wszystkie trzy strzały znalazły drogę do siatki za plecami Gibsona. Dowd, bohater wieczoru po stronie gości, przypieczętował zwycięstwo. Lindgren po meczu musiał być wyprowadzany z lodowiska przez kolegów z drużyny.

Przesada dnia: Trzy kary na jednej zmianie dla jednej drużyny

Są mecze, w których wszystko idzie nie po myśli. I są takie, w których jedna zmiana potrafi doskonale podsumować cały sezon drużyny – jej kondycję, dyscyplinę i szeroko pojęty profesjonalizm. Rangers doświadczyli tego na własnej skórze podczas środowego starcia z Islanders na UBS Arena, kiedy w ciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund zdołali zgromadzić komplet trzech kar dla jednej formacji. Sam Carrick został ukarany dwukrotnie – najpierw za podcięcie Kyle’a MacLeana, a zaraz potem za atak łokciem w kierunku Mathewa Barzala. Do kompletnego absurdu doprowadził Matt Rempe, który zainkasował dwie minuty za atak na Marca Gatcomba. Trzy przewinienia, jeden nieszczęsny moment – i dwa pełne minuty gry w przewadze pięciu na trzech dla gospodarzy.

Rangers, którzy i tak nie prezentowali się najlepiej w tym meczu, mając zaledwie jedną celną próbę po niemal piętnastu minutach gry, sami pogrzebali swoje szanse na korzystny wynik. Choć Islanders nie zdołali wykorzystać przewagi dwóch zawodników podczas owej długiej gry w przewadze, psychologiczny efekt tej sytuacji był druzgocący. Blueshirts wyglądali jak drużyna, która zagubiła się nie tylko na lodzie, ale i w szerszym kontekście sezonu.

Środowe spotkanie zakończyło się pewnym zwycięstwem Islanders 5:2, a Rangers po raz trzeci w tym sezonie ulegli swoim lokalnym rywalom. Dla porównania, rok wcześniej to właśnie Rangers zdominowali rywalizację, wygrywając wszystkie cztery mecze z łącznym bilansem bramek 23 do 5. Teraz role się odwróciły, a wyspy świętują nie tylko sportowy triumf, ale i satysfakcję płynącą z zemsty. Ondrej Palat, który dzień wcześniej został sprowadzony z New Jersey, ustrzelił bramkę i asystę w swoim debiucie w barwach nowego klubu, a Simon Holmstrom zaliczył wybitny występ z golem i dwiema asystami przy grze w przewadze. Tymczasem Rangers, bez Artemi Panarina, który został wycofany z gry ze względów zarządczych w związku z trwającymi poszukiwaniami nowego klubu dla rosyjskiej gwiazdy, wyglądali jak drużyna pozbawiona nie tylko jakości, ale przede wszystkim charakteru.

Dzień później, na Madison Square Garden, doszło do ostatecznego upokorzenia. Islanders wygrali 2:1, kompletując tym samym pierwszy od sezonu 2017-18 pełen sweep Rangers w serii sezonowej. Co więcej po raz pierwszy w historii rywalizacji tych drużyn Islanders wygrali wszystkie cztery mecze bez straty choćby jednej bramki w sytuacji wyrównanej gry, ani razu nie przegrywając w trakcie spotkania. Bohaterem czwartkowego wieczoru został 18-letni Matthew Schaefer, wybrany przez Islanders z pierwszym numerem w drafcie – debiutant, który jeszcze w dniu draftu zapowiedział, że jego zespół będzie bił Rangers przy każdej okazji. Słowa dotrzymał, zdobywając bramkę na lodowisku rywali, swoją 14 w sezonie, co plasuje go na drugim miejscu w historii wśród 18-latków-obrońców, tuż za Bobbym Orrem. Trafił również Carson Soucy, były gracz Rangers sprzedany na wyspy zaledwie kilka dni wcześniej, który na tablicy wyników MSG nie został nawet uhonorowany wzmianką o powrocie do dawnej hali. Jego odpowiedź była wymowna – gol przebijający łapę Jonathana Quicka. Dla Rangers był to kolejny symboliczny cios w sezonie pełnym upokorzeń.