Jeszcze kilka lat temu nazwiska Patrika Lainego i Jonathana Drouina wzbudzałyby ogromne zainteresowanie na rynku wolnych agentów NHL. Obaj byli wybierani w czołowej trójce draftu, obaj dysponowali nieprzeciętnym talentem ofensywnym i obaj potrafili rozgrywać sezony, które uzasadniały pokładane w nich nadzieje. Dziś jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Sezon 2026/27 trwa już od kilku tygodni, a żaden z nich nie znalazł pracodawcy. To nie tylko historia dwóch niespełnionych talentów, lecz również ilustracja zmian zachodzących w całej NHL.
Przez lata jednym ze sprawdzonych sposobów budowania składu było sprowadzanie zawodników, których kariery znalazły się na zakręcie. Niedrogi, krótkoterminowy kontrakt pozwalał klubowi ograniczyć ryzyko, a samemu hokeiście dawał możliwość odbudowania reputacji w nowym otoczeniu. Jeśli eksperyment się udawał, korzyści były ogromne. Jeśli nie, obie strony mogły rozstać się bez większych konsekwencji.
Taka strategia wciąż potrafi przynosić rezultaty. Doskonałym przykładem jest Anthony Mantha, który przed sezonem 2025/26 podpisał z Pittsburgh Penguins roczną umowę wartą 1,25 miliona dolarów. Kanadyjczyk odpowiedział najlepszym sezonem w karierze, zdobywając 33 bramki i 64 punkty w 81 spotkaniach. Następnie wykorzystał swoją odbudowaną pozycję, podpisując z New Jersey Devils dwuletni kontrakt o łącznej wartości 9,5 miliona dolarów.
To właśnie podobnego scenariusza mogliby oczekiwać Laine i Drouin. Ich dotychczasowe osiągnięcia są przecież wystarczająco imponujące, aby przynajmniej rozważyć podjęcie ryzyka.
Problem polega na tym, że obaj otrzymywali już podobne szanse. Zmieniali kluby, trafiali do nowych systemów, korzystali z czystej karty i możliwości udowodnienia swojej wartości. Czasami przynosiło to bardzo dobre rezultaty, lecz żaden nie zdołał na trwałe odbudować pozycji, jaką przepowiadano mu na początku kariery.
Czy zatem NHL straciła zainteresowanie zawodnikami próbującymi odbudować karierę? A może po prostu przestała wierzyć, że konkretnie Laine i Drouin są jeszcze w stanie zaoferować wystarczająco dużo?
Patrik Laine. Jeden z najlepszych strzelców swojego pokolenia został bez pracy
Z perspektywy czysto sportowej sytuacja Patrika Lainego wydaje się wręcz absurdalna. Mówimy przecież o zawodniku mającym dopiero 28 lat, wybranym przez Winnipeg Jets z drugim numerem draftu 2016, który w 537 spotkaniach NHL zdobył 224 bramki i zgromadził 422 punkty.
Fin już jako debiutant strzelił 36 goli, a sezon później poprawił ten rezultat do 44 trafień. W trzech pierwszych latach kariery za każdym razem przekraczał barierę 30 bramek. Wydawało się, że liga zyskała snajpera, który przez następną dekadę będzie regularnie walczył o czołowe lokaty w klasyfikacji strzelców.
Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej skomplikowana. Problemy zdrowotne, kolejne zmiany otoczenia oraz nierówna dyspozycja sprawiły, że kariera Fina zaczęła przypominać niekończącą się próbę odzyskania dawnej formy.
Jeszcze w sezonie 2024/25, już jako zawodnik Montreal Canadiens, Laine zdobył 20 bramek w 52 spotkaniach. Na pierwszy rzut oka był to obiecujący wynik. Pojawiły się głosy, że odzyskał swój strzelecki instynkt i w odpowiednich warunkach może znów być wartościowym elementem ofensywy.
Diabeł tkwił jednak w szczegółach. Aż 15 z tych 20 bramek padło podczas gry w przewadze liczebnej. Oznacza to, że przy równych siłach oraz w innych sytuacjach poza przewagą Laine trafił do siatki zaledwie pięć razy. Dla zawodnika, którego główną wartością jest zdobywanie bramek, takie uzależnienie od jednego elementu gry stanowi poważne ograniczenie.
Kolejny sezon zakończył się katastrofą. W rozgrywkach 2025/26 Fin wystąpił tylko pięciokrotnie, notując jedną asystę. Następnie przeszedł operację mięśni tułowia i nie pojawił się już w żadnym spotkaniu Canadiens.
Co ciekawe, sam zawodnik przyznał później, że prawdopodobnie mógł wrócić do gry niedługo po Nowym Roku. Trenował z drużyną, a pod koniec sezonu był już zdolny do występów. Mimo to nie otrzymał szansy nawet podczas marszu Montrealu do finału Konferencji Wschodniej. To dodatkowo podsyciło pytania o jego przyszłość w organizacji.
Dlaczego kluby NHL nie chcą zaryzykować?
Najpoważniejszy problem Lainego nie sprowadza się wyłącznie do jego stanu zdrowia. Równie istotne jest pytanie, jaką wartość przedstawia dla zespołu, jeżeli nie zdobywa bramek.
Fin nigdy nie należał do napastników szczególnie cenionych za grę defensywną. Nie jest zawodnikiem, który regularnie wygrywa pojedynki przy bandach, skutecznie odbiera krążki albo potrafi swoją pracą bez niego rekompensować strzelecką niemoc. Jego największym atutem pozostaje znakomity strzał, zwłaszcza oddawany bez przyjęcia krążka.
Jeżeli jednak nie wykorzystuje swoich okazji, pojawia się zasadniczy problem. Drużyna musi zaakceptować pewne słabości w innych aspektach jego gry, nie otrzymując w zamian najważniejszego produktu, za który płaci — bramek.
W NHL, gdzie różnice pomiędzy zespołami bywają minimalne, taka kalkulacja ma ogromne znaczenie. Trenerzy nie mogą pozwolić sobie na utrzymywanie w składzie zawodnika tylko dlatego, że kilka lat wcześniej zdobywał po 40 goli.
Nie oznacza to jednak, że zainteresowanie Finem całkowicie wygasło.
Najnowsze informacje: Calgary i Detroit rozważały zatrudnienie Lainego
Według informacji Pierre’a LeBruna z TSN, przedstawionych w październiku, możliwość podpisania kontraktu z Laine’em rozważali działacze Calgary Flames oraz Detroit Red Wings. Wcześniej zainteresowanie wykazywali również Seattle Kraken, ale ostatecznie nie znaleźli dla niego miejsca w składzie.
Żaden klub nie zdecydował się dotychczas na sfinalizowanie umowy. Szczególnie interesująca jest postawa Calgary, które mimo problemów ofensywnych wolało najpierw sprawdzić młodszych zawodników.
Laine ma przy tym możliwość podpisania stosunkowo nietypowego kontraktu. Ze względu na długą absencję spowodowaną kontuzją w poprzednim sezonie kwalifikuje się do rocznej umowy zawierającej premie uzależnione od wyników sportowych. Klub mógłby zaoferować niewielką kwotę podstawową i dodatkowe wynagrodzenie za osiągnięcie określonych celów.
Innymi słowy, ryzyko finansowe można znacząco ograniczyć. A mimo tego nikt dotąd nie zdecydował się skorzystać z okazji.
21 października dziennikarka ESPN Emily Kaplan przekazała dodatkowo, że Laine nie zamierza szukać zatrudnienia w Europie. Jego priorytetem pozostaje NHL, a przedłużający się okres bez kontraktu ma tylko zwiększać motywację do udowodnienia krytykom, że przedwcześnie go skreślili.
Jonathan Drouin. Odbudował karierę w Colorado, a potem wszystko się posypało
Przypadek Jonathana Drouina jest nieco inny, choć prowadzi do podobnego wniosku. Kanadyjczyk ma 31 lat i znacznie częściej pełnił funkcję rozgrywającego niż egzekutora. Jego największym atutem pozostają kreatywność, technika oraz umiejętność znajdowania partnerów podaniem.
Przez długi czas wydawało się, że po trudnych latach w Montreal Canadiens wreszcie odnalazł właściwe miejsce w NHL.
Przeprowadzka do Colorado Avalanche przed sezonem 2023/24 okazała się strzałem w dziesiątkę. Drouin zdobył 19 bramek i 56 punktów w 79 spotkaniach, a jego współpraca z Nathanem MacKinnonem przypominała o tym, dlaczego w 2013 roku Tampa Bay Lightning wybrała go z trzecim numerem draftu.
W kolejnym sezonie Kanadyjczyk jeszcze poprawił średnią zdobywanych punktów. W 43 meczach zanotował 11 goli i 37 punktów, co dawało mu 0,86 punktu na spotkanie. Był to poziom produkcji ofensywnej, jakiego wcześniej nie potrafił utrzymywać przez dłuższy czas.
Wydawało się, że historia ma szczęśliwe zakończenie. Hokeista znalazł środowisko, które pozwalało mu maksymalnie wykorzystać swoje umiejętności. Zamiast kolejnych pytań o zmarnowany talent pojawiły się rozmowy o jego wartości na rynku.
Latem 2025 roku Drouin podpisał z New York Islanders dwuletni kontrakt wart 8 milionów dolarów. Problem w tym, że poza Colorado czar szybko prysł.
W sezonie 2025/26 Kanadyjczyk zgromadził zaledwie 21 punktów w 55 spotkaniach Islanders. W marcu został włączony do wymiany, w ramach której Brayden Schenn przeniósł się z St. Louis Blues na Long Island.
Drouin trafił do Blues, ale tam jego sytuacja stała się jeszcze gorsza. Rozegrał tylko dziewięć spotkań, w których zdobył bramkę i zaliczył dwie asysty. Cały sezon zakończył z dorobkiem 24 punktów w 64 meczach.
1 lipca St. Louis zdecydowało się wykupić ostatni rok jego kontraktu. Zaledwie dwanaście miesięcy po podpisaniu umowy wartej 8 milionów dolarów Drouin ponownie znalazł się na rynku wolnych agentów.
Statystyki nie zawsze mówią całą prawdę
Historia Drouina pokazuje również, jak zmieniło się podejście klubów do oceny ofensywnych zawodników.
Jeszcze dwie dekady temu sezon na poziomie 56 punktów prawdopodobnie wystarczyłby, aby kilku generalnych menedżerów rozpoczęło licytację o podpis zawodnika. Dziś liczba bramek i asyst pozostaje ważna, ale nie jest jedynym kryterium.
Analitycy sprawdzają, w jaki sposób hokeista zdobywa punkty, jak wpływa na posiadanie krążka i tworzenie okazji strzeleckich, jak radzi sobie bez krążka oraz czy jego skuteczność można przenieść do innego systemu gry.
W przypadku Drouina szczególne znaczenie miała współpraca z MacKinnonem. Colorado stworzyło mu warunki niemal idealne. Kanadyjczyk mógł koncentrować się na kreowaniu gry, korzystając z obecności jednego z najbardziej dynamicznych środkowych na świecie.
Nie oznacza to jednak, że jego wartość ograniczała się do podawania krążka MacKinnonowi. W Colorado Drouin miał również korzystne wskaźniki kontroli gry przy pięciu na pięciu. Wyzwaniem dla zainteresowanych nim klubów było ustalenie, jaka część tych rezultatów wynikała z jego indywidualnego wkładu, a jaka z jakości partnerów i całego systemu Avalanche.
Islanders przekonali się, że skuteczne odtworzenie takich warunków nie jest proste.
W rezultacie Drouin stał się zawodnikiem trudnym do zakwalifikowania. Jeśli otrzyma miejsce w czołowej szóstce napastników i odpowiednią rolę w przewadze, nadal może być produktywny. Jeżeli jednak miałby grać w trzeciej lub czwartej formacji, jego atuty mogą nie rekompensować ograniczeń.
I właśnie dlatego w październiku 2026 roku, mimo 671 rozegranych spotkań NHL, pozostaje bez kontraktu.
NHL staje się ligą młodszych zawodników. Weterani mają coraz trudniej
Największym problemem Lainego i Drouina może być jednak coś, na co nie mają większego wpływu: zmieniająca się filozofia budowania składów NHL.
Kluby coraz chętniej inwestują w młodszych hokeistów, których potencjał wciąż nie został w pełni określony. Nie chodzi wyłącznie o szybkość i coraz większe wymagania fizyczne, ale również o ekonomię oraz sposób zarządzania organizacją.
Młody zawodnik na kontrakcie debiutanckim jest często znacznie tańszy od doświadczonego wolnego agenta. Jeżeli zacznie robić postępy, klub może przez kolejne lata korzystać z jego usług, zachowując określone prawa kontraktowe. Jeśli natomiast nie spełni oczekiwań, organizacja zazwyczaj nadal dysponuje czasem, by pracować nad jego rozwojem.
W przypadku 28-letniego Lainego albo 31-letniego Drouina sytuacja wygląda inaczej.
Nawet gdyby któryś z nich podpisał bardzo korzystną finansowo umowę i rozegrał znakomity sezon, nie oznacza to, że klub uzyska wieloletnią kontrolę nad jego przyszłością. Po wygaśnięciu krótkoterminowego kontraktu zawodnik może ponownie sprawdzić swoją wartość na rynku.
To zasadnicza różnica w porównaniu z rozwijającym się hokeistą, który dopiero rozpoczyna karierę w NHL.
Z perspektywy generalnego menedżera pojawia się więc pytanie: czy warto zajmować miejsce w składzie zawodnikiem, który najlepsze lata prawdopodobnie ma już za sobą, skoro można przeznaczyć je dla młodszego gracza z potencjałem do dalszego rozwoju?
Problem nie sprowadza się do pieniędzy
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt, często pomijany w dyskusjach o wolnych agentach. Koszt zatrudnienia zawodnika nie ogranicza się do jego pensji i obciążenia salary cap.
Każde miejsce w składzie NHL ma swoją wartość sportową i organizacyjną.
Podpisanie kontraktu z Drouinem może oznaczać, że 21-letni skrzydłowy spędzi kolejny sezon w AHL, zamiast zbierać doświadczenie na najwyższym poziomie. Zatrudnienie Lainego może zmusić trenera do ograniczenia minut młodszemu zawodnikowi w formacji odpowiedzialnej za grę w przewadze.
A to właśnie takie doświadczenia potrafią decydować o tempie rozwoju hokeisty.
Organizacje inwestują ogromne środki w skauting, draft, szkolenie i przygotowanie zawodników. Trudno oczekiwać, aby bez wyraźnej potrzeby rezygnowały z efektów tych inwestycji na rzecz krótkoterminowego eksperymentu.
Dlatego podstawowym pytaniem nie jest już wyłącznie to, czy Laine potrafi zdobyć 20 bramek albo czy Drouin może zgromadzić 40 punktów.
Znacznie ważniejsze staje się to, czy ich potencjalny wkład będzie większy od tego, co klub może uzyskać, rozwijając własnych zawodników.
I czy warto dla takiej możliwości poświęcić miejsce w składzie.
Mantha i Bunting pokazują, jak bardzo zmienił się rynek
Nie oznacza to oczywiście, że doświadczeni hokeiści stracili szansę na odbudowanie kariery.
Przywołany wcześniej przykład Anthony’ego Manthy udowadnia coś zupełnie przeciwnego. Pittsburgh Penguins zaryzykowali, otrzymali 33 bramki i 64 punkty, a sam zawodnik zamienił roczny kontrakt za 1,25 miliona dolarów na dwuletnią umowę z New Jersey wartą 9,5 miliona.
Równie interesująca jest sytuacja Michaela Buntinga.
31-letni napastnik, który w sezonie 2025/26 zdobył 33 punkty w 74 spotkaniach dla Nashville Predators i Dallas Stars, przez ponad trzy miesiące pozostawał bez nowego pracodawcy.
Dopiero 6 października Philadelphia Flyers zdecydowali się podpisać z nim roczny kontrakt wart około 1,2 miliona dolarów. To znacząca obniżka względem poprzedniej umowy, której średnia roczna wartość wynosiła 4,5 miliona.
Bunting znalazł pracodawcę dopiero wtedy, gdy Flyers, po nieudanym początku rozgrywek, zaczęli szukać sposobów na wzmocnienie drużyny.
To istotna wskazówka również dla Lainego i Drouina.
Niektóre organizacje mogą po prostu czekać na rozwój wydarzeń. Kontuzje podstawowych zawodników, przedłużające się serie porażek albo nieskuteczność ofensywna mogą sprawić, że zawodnik obecnie uznawany za zbędnego stanie się atrakcyjnym rozwiązaniem.
Nie znaczy to jednak, że klub będzie gotowy zaoferować mu kontrakt odpowiadający jego dawnemu statusowi.
Przeciwnie. Długi okres oczekiwania może sprawić, że to sam hokeista zostanie zmuszony do zaakceptowania znacznie gorszych warunków.
Czy Laine i Drouin zagrają jeszcze w NHL?
W przypadku obu zawodników trudno mówić o definitywnym końcu kariery.
Laine ma zaledwie 28 lat. Wciąż dysponuje strzałem, który przy odpowiednim wykorzystaniu może być niezwykle groźny. Już wcześniej udowadniał, że potrafi zdobywać bramki seriami, a skuteczność w przewadze pozostaje umiejętnością poszukiwaną przez wiele klubów.
Drouin jest starszy, ale ma za sobą dwa stosunkowo niedawne sezony w Colorado, w których jego średnia punktowa była znacznie lepsza niż podczas ostatnich rozgrywek. W odpowiednio skonstruowanej formacji nadal może być wartościowym rozgrywającym.
Obaj potrzebują jednak czegoś więcej niż kolejnego kontraktu. Potrzebują zespołu, który będzie miał dla nich konkretny pomysł.
Laine nie powinien trafiać do organizacji oczekującej, że nagle zostanie wszechstronnym napastnikiem odpowiedzialnym za wszystkie aspekty gry. Drouin z kolei potrzebuje partnerów zdolnych wykorzystać jego kreatywność oraz roli odpowiadającej charakterystyce jego umiejętności.
W przeciwnym wypadku historia prawdopodobnie ponownie zatoczy koło.
Jeszcze niedawno wydawało się, że byli zawodnicy z czołowej trójki draftu zawsze będą wzbudzać zainteresowanie na rynku. Talent ofensywny, doświadczenie i rozpoznawalne nazwisko stanowiły wystarczające argumenty, aby znaleźć kolejnego pracodawcę.
Dziś NHL funkcjonuje według nieco innych zasad.
Kluby nie płacą już wyłącznie za to, kim zawodnik był kilka lat temu. Coraz częściej interesuje je przede wszystkim, kim może być jutro, jakie konkretne zadania potrafi wykonywać i czy jego obecność nie ograniczy rozwoju kogoś znacznie młodszego.
Patrik Laine i Jonathan Drouin są doskonałymi przykładami tej zmiany. Obaj mają wystarczająco dużo talentu, by jeszcze wrócić do NHL, ale żaden nie może już liczyć na zatrudnienie wyłącznie dzięki swojej reputacji.
W dzisiejszej NHL przeszłość może otwierać drzwi, ale coraz rzadziej wystarcza, żeby ktoś zechciał podpisać kontrakt.


Komentarze pod tekstem