Spójrzmy prawdzie w oczy – nie chcę zabrzmieć jak ktoś pozbawiony empatii wobec sportowców, którzy rzeczywiście mierzą się z zagrożeniem własnego bezpieczeństwa albo bezpieczeństwa swoich rodzin. Takie sytuacje są przerażające. Kropka. Ale kiedy NHL i wszystkie pozostałe największe ligi sportowe w Ameryce Północnej publikują wspólny list, w którym proszą stanowych regulatorów rynku hazardowego o ochronę przed potworem, którego same pomogły stworzyć, trudno nie unieść brwi ze zdziwienia.
Bo ten potwór? Te ligi stworzyły go własnymi rękami, nakarmiły go miliardami dolarów z umów sponsorskich, a następnie zaprosiły go do zajęcia miejsca tuż przy parkiecie.
We wtorek NHL, NFL, NBA, MLB i MLS oraz związki zawodowe zawodników wszystkich tych lig wysłały list do regulatorów rynku hazardowego w 35 stanach oraz Waszyngtonie. Domagają się w nim dożywotnich zakazów korzystania z legalnych bukmacherów dla osób, które nękają lub grożą zawodnikom, trenerom, sędziom, pracownikom klubów albo ich rodzinom. Chcą również uproszczenia systemu zgłaszania takich przypadków oraz stworzenia wspólnej listy osób wykluczonych z zakładów w poszczególnych stanach.
Innymi słowy: ligi, które przez lata rozwijały czerwony dywan przed branżą zakładów sportowych, zwracają się teraz do władz z prośbą o pomoc w uporaniu się z konsekwencjami własnych decyzji.
Sami przygotowali sobie ten problem
Cofnijmy się na chwilę do 2018 roku. Kiedy Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych otworzył drogę do szerokiej legalizacji zakładów sportowych, wszystkie największe ligi natychmiast ruszyły po pieniądze. NHL nie była wyjątkiem.
Obecnie liga ma oficjalne partnerstwa z BetMGM, FanDuel, Bet99, a także wspieranymi przez rządy platformami, takimi jak OLG i ProLine. Jesienią 2025 roku NHL weszła nawet na rynek kontraktów predykcyjnych, podpisując wieloletnie umowy z Kalshi i PolyMarket.
Zakłady są dziś niemal wszędzie. Kursy pojawiają się podczas transmisji, a w każdej przerwie można znaleźć segment poświęcony obstawianiu meczów. Przez lata przekaz ligi był jasny: obstawiajcie nasz sport, dzięki temu będzie jeszcze ciekawszy.
A teraz nagle ligi są zaskoczone, że kultura, którą same przez lata rozwijały, ma również swoją mroczną stronę.
W swoim liście wskazują, że „osoby przegrywające zakłady sportowe kierują groźby i obraźliwe wiadomości do zawodników, trenerów oraz ich rodzin za pośrednictwem mediów społecznościowych i podczas bezpośrednich kontaktów”. Ligi określają takie zachowanie jako „całkowicie niedopuszczalne” – i trudno się z tym nie zgodzić.
Problemem jest jednak ogromny brak refleksji nad własną rolą w powstaniu tego zjawiska.
Nie można przez lata dolewać benzyny do ognia, a potem udawać zaskoczenia, kiedy płonie cały dom.
Przykłady są naprawdę niepokojące.
W maju 2025 roku miotacz Lance McCullers, wówczas zawodnik Houston Astros, ujawnił, że po słabym występie przeciwko Cincinnati Reds otrzymywał w mediach społecznościowych groźby dotyczące „odnalezienia jego dzieci i zamordowania ich”. Policja z Houston ustaliła, że za groźbami stał nietrzeźwy bukmacher przebywający za granicą.
Z kolei badanie przeprowadzone w 2024 roku wśród 157 zawodników NHL wykazało, że niemal 67 procent z nich otrzymało od kibiców wiadomości związane z zakładami. Niektórzy zawodnicy dostawali nawet żądania zapłaty za pośrednictwem Venmo od zupełnie obcych osób, które twierdziły, że są im winni pieniądze.
Jeden z anonimowych hokeistów opowiadał o wiadomościach w stylu: „Jesteś mi winien 200 dolarów, bo byłeś na lodzie, kiedy…”. Jak zauważył, szczególnie źle bywa podczas meczów przeciwko Toronto.
Cóż, Toronto to Toronto.
Fred VanVleet, rozgrywający Houston Rockets i przewodniczący NBPA, powiedział wprost, że to zawodnicy ponoszą cały ciężar i ryzyko związane z powiązaniem sportu z hazardem. Jak stwierdził, zostało to na nich „po prostu narzucone”.
Trudno się z nim nie zgodzić.
Zawodnicy nigdy o to nie prosili. Zrobiły to władze lig, ponieważ pieniądze były zbyt duże, żeby je odrzucić.
Co dalej?
Dla uczciwości trzeba jednak przyznać, że w kwestii egzekwowania przepisów zaczynają pojawiać się konkretne działania.
Cztery stany – Luizjana, Ohio, Wirginia Zachodnia i Wyoming – mają już regulacje pozwalające na blokowanie dostępu do zakładów osobom dopuszczającym się agresywnych zachowań. Najwięksi bukmacherzy, w tym DraftKings i Fanatics, współpracują z Integrity Compliance 360 nad wykorzystaniem narzędzi opartych na sztucznej inteligencji, które mają wykrywać przypadki nękania w mediach społecznościowych i pomagać identyfikować osoby stojące za takimi atakami.
Scott Sadin, współzałożyciel IC360, apelował o „wspólną reakcję” obejmującą ligi, operatorów bukmacherskich, regulatorów oraz firmy technologiczne.
W tym roku komisja zawodników Big Ten zwróciła się również do NCAA o działania na rzecz ograniczenia zakładów dotyczących indywidualnych osiągnięć zawodników właśnie ze względu na skalę nękania, jakie mogą one wywoływać.
Dla tych, którzy nie są zaznajomieni z tym rodzajem zakładów: chodzi o tzw. prop bets, czyli zakłady dotyczące konkretnych osiągnięć pojedynczych zawodników. To właśnie one potrafią zamienić zwykły wtorkowy mecz hokejowy w osobistą wojnę między uzależnionym od hazardu graczem a czwartym centrem, który akurat nie oddał ani jednego strzału na bramkę.
Wszystkie te działania są rozsądne.
Nikt nie powinien obawiać się o bezpieczeństwo swoje ani swojej rodziny tylko dlatego, że komuś nie wszedł kupon AKO.
Dożywotnie zakazy korzystania z bukmacherów, wspólne listy osób wykluczonych czy skuteczniejsze mechanizmy zgłaszania nadużyć – to rozwiązania zdroworozsądkowe. I właśnie dlatego powinny były zostać wdrożone od samego początku.
Bo właśnie na tym polega cały problem.
Ligi były tak zajęte liczeniem przychodów z umów z bukmacherami, że najwyraźniej nie poświęciły wystarczająco dużo czasu na zastanowienie się, co się stanie, kiedy miliony przypadkowych kibiców zamienią się w ludzi, którzy mają pieniądze postawione na każdą zmianę na lodzie, każde odbicie piłki czy każdy rzut wolny.
NHL i pozostałe ligi proszą teraz regulatorów o posprzątanie bałaganu, którego pojawienie się było możliwe do przewidzenia.
Cenę płacą zawodnicy.
Pieniądze inkasowały władze lig.
I byłoby dobrze, gdyby choć raz ktoś siedzący w jednym z tych eleganckich gabinetów przyznał, że być może – tylko być może – można było przewidzieć, dokąd to wszystko zmierza.


Komentarze pod tekstem
Ważny problem, dzięki za ten tekst.
Bukmacherka to zło