Gdy Ken Holland zwołał tę wyczekiwaną konferencję w El Segundo w przeddzień startu obozu przygotowawczego, połowa NHL świata już doskonale, co się święci. Los Angeles potrzebowało nowego króla. Po dwóch dekadach nieprzerwanego panowania Anze Kopitara, który ubiegłej wiosny ostatecznie zawiesił łyżwy na kołku i uciekł do swojej ukochanej, spokojnej Słowenii, tron stał pusty. Zasiąść mógł na nim tylko jeden facet. Drew Doughty wreszcie dopiął swego i został piętnastym kapitanem w całej historii Kings. I powiem wam jedno – to najlepsza decyzja, jaką ten klub mógł podjąć w tym konkretnym momencie. Oczywiście, Doughty czekał na to C na bluzie znacznie dłużej, niż my we wrześniu 2026 roku na to, aż galopujące stopy procentowe wreszcie spadną do jakiegoś logicznego, znośnego poziomu dla przeciętnego zjadacza chleba. Ale ostatecznie sportowej sprawiedliwości stało się zadość.
Kopitar przez lata był absolutnym wzorem cnót dla całej ligi. Cichy, wycofany, zawsze na swoim miejscu, a jego głównym językiem komunikacji z resztą zespołu była harówka na lodzie. Przemawiał głównie czynami, pokazując młodszym, jak profesjonalnie podchodzić do zawodu. Doughty to jego skrajne, wybuchowe przeciwieństwo. Ten gość nie zamyka ust od 18 lat. Dosłownie. Gdy tylko wyjeżdża na taflę, słychać go w ostatnim rzędzie trybun pod dachem. Krzyczy na sędziów, krzyczy na rywali, krzyczy na własnych kolegów z zespołu, a jak trzeba, to pewnie nakrzyczałby i na samą rolbę, gdyby według niego za wolno czyściła lód. Przemiana w szatni Kings z cichego Słoweńca na potwornie głośnego Kanadyjczyka jest jak przesiadka z bezszelestnego, luksusowego autonomicznego pojazdu z 2026 roku prosto za kierownicę ryczącego, klasycznego potwora V8, który z samego rana budzi połowę osiedla. W dzisiejszej ugrzecznionej do bólu NHL takie zjawisko to prawdziwy skarb.
Zastanówcie się zresztą przez chwilę nad samą historią tego chłopaka, bo to gotowy materiał na niezły hollywoodzki scenariusz. Doughty miał zaledwie trzy lata, gdy bez pamięci zakochał się w tej drużynie. Wszystko oczywiście za sprawą Wayne’a Gretzky’ego, który grał wtedy w Kalifornii i rozpalał wyobraźnię fanów. Dzieciak wychowany w London w prowincji Ontario, który zamiast tradycyjnie kibicować Maple Leafs jak każdy szanujący się Kanadyjczyk w tamtym regionie, miał ściany pokoju obklejone plakatami graczy Los Angeles. Spał w pościeli z logo Kings. A dzisiaj? Dzisiaj ma na karku trzydzieści sześć lat, gigantyczne doświadczenie i status legendy, a na wtorkowej sesji zdjęciowej z autentyczną dumą prężył pierś z nową literką przyszytą do materiału. Sam zresztą bez ogródek przyznał dziennikarzom, że kiedy po raz pierwszy zobaczył tę bluzę, przeszył go dreszcz i oblał pot. Facet, który w hokeju wygrał dosłownie wszystko, przeżywa taki moment jak junior dostający pierwszy profesjonalny kontrakt. To ta rzadka, romantyczna strona sportu, o wiele trudniejsza dziś do znalezienia niż autentyczny, niesponsorowany viral na TikToku.
Zanim jednak Peter Laviolette i Ken Holland oficjalnie ogłosili tę nominację, w kuluarach trwała
w pakiecie premiumDarmowy fragment za Tobą
Wszystko w NHL zasługuje na szerszy komentarz
Odblokuj pełny tekst, inne analizy redakcji, felietony i archiwum NHL w PL. To nasze hobby, ale także praca, wesprzyj nasze działania.
Czytaj dalej z abonamentem- Dłuższe teksty i komentarze po najważniejszych wydarzeniach NHL
- Analizy kontraktów, transferów, play-offów i klubowych decyzji
- Dostęp do treści premium oraz archiwum serwisu
- To, co robimy, możesz prześledzić w sekcji darmowych tekstów
Wybierz pakiet, aby przejść do zamówienia.

Komentarze pod tekstem