*Felieton napisany 20 października przed zakończeniem serii porażek Los Angeles Kings w meczu z Washington Capitals

Ostatni raz wygrali 13 kwietnia, kiedy pokonali Seattle Kraken 5:3. Od tamtej pory zdążyli zakończyć sezon, pożegnać klubową legendę, zmienić trenera i rozpocząć kolejne rozgrywki. Jedno pozostało bez zmian: Los Angeles Kings nadal nie potrafią wygrać meczu. Sześć spotkań, zaledwie dwa punkty i bilans bramkowy 12:25. Najstarsza drużyna NHL miała ponownie walczyć o play-off, tymczasem już w październiku musi szukać odpowiedzi na wyjątkowo niewygodne pytania.

Początek sezonu Kings można jeszcze próbować tłumaczyć trudnym terminarzem. Colorado Avalanche, Florida Panthers, Vegas Golden Knights czy Edmonton Oilers to przeciwnicy, z którymi punkty trzeba sobie naprawdę wywalczyć. Jednak porażka z San Jose Sharks, a następnie bezradność ofensywna w kolejnych spotkaniach pokazują, że nie wszystko da się usprawiedliwić klasą rywali.

Jeszcze bardziej niepokojący jest kierunek, w którym zmierza drużyna. W pierwszych dwóch meczach Kings zdobyli osiem bramek. W czterech kolejnych trafiali do siatki zaledwie po jednym razie. Zespół, w którym występują Artemi Panarin, Adrian Kempe czy Quinton Byfield, nie może funkcjonować w ten sposób, jeśli poważnie myśli o grze w fazie play-off.

Co poszło nie tak i czy sytuację da się jeszcze uratować?

Czy Królowie się zestarzeli?

Przez dwadzieścia sezonów Anže Kopitar był jednym z najważniejszych symboli Los Angeles Kings. Dziesięć z nich spędził jako kapitan. Słoweniec kończył karierę po najsłabszym punktowo sezonie w NHL, w którym zgromadził 38 punktów w 67 spotkaniach. Mimo to jego znaczenie dla organizacji znacznie wykraczało poza statystyki.

Kopitar potrafił kontrolować tempo gry, pracować w defensywie i brać na siebie odpowiedzialność w trudnych momentach. Był człowiekiem, który przez lata zapewniał drużynie stabilność. Nawet gdy ofensywa nie funkcjonowała najlepiej, Kings mogli liczyć na jego odpowiedzialność i doświadczenie.

Teraz zabrakło zawodnika, który przez niemal dwie dekady pomagał utrzymywać porządek na lodzie.

Nowym kapitanem został Drew Doughty, kolejna legenda klubu i dwukrotny zdobywca Pucharu Stanleya. Trudno o bardziej doświadczonego następcę, ale nawet Doughty nie jest w stanie samodzielnie zastąpić wszystkiego, co wnosił Kopitar. Szczególnie że sam znajduje się już w końcowym etapie kariery.

Wiek staje się zresztą osobnym problemem Los Angeles. Według zestawienia RotoWire z 16 października średnia wieku kadry Kings wynosiła 31,02 roku, najwięcej w całej NHL. W drużynie znajdują się między innymi 41-letni Corey Perry, 39-letni Mats Zuccarello oraz 36-letni Doughty i Darcy Kuemper.

Samo posiadanie doświadczonej kadry nie jest oczywiście wadą. Problem pojawia się wtedy, kiedy coraz trudniej utrzymać intensywność gry przez pełne sześćdziesiąt minut, a młodsi zawodnicy nie są jeszcze gotowi do przejęcia największej odpowiedzialności.

W przypadku Kings pytanie brzmi więc nie tylko, czy zespół odzyska formę, ale również, czy obecna konstrukcja kadry daje mu wystarczające możliwości, aby rywalizować z dynamicznymi przeciwnikami.

Problem, którego nie rozwiąże jedna zmiana bramkarza

Sytuacja między słupkami również pozostawia sporo do życzenia. Darcy Kuemper i Anton Forsberg nie rozpoczęli sezonu w sposób pozwalający uznać któregokolwiek z nich za bezdyskusyjny numer jeden.

Kuemper zaliczył katastrofalny występ przeciwko Colorado Avalanche. Osiem wpuszczonych bramek w pierwszym meczu sezonu trudno wymazać z pamięci, podobnie jak spotkanie z Edmonton Oilers, w którym wpuścił trzy gole po zaledwie siedmiu strzałach i został zmieniony jeszcze w pierwszej tercji.

Nie oznacza to jednak, że wszystkie jego występy były złe. Przeciwko Florida Panthers obronił 28 z 30 strzałów, a przeciwko Vegas Golden Knights zatrzymał 30 z 32 uderzeń. W obu przypadkach zrobił wystarczająco dużo, aby dać drużynie szansę na zwycięstwo. Problem polegał na tym, że ofensywa Kings zdobywała tylko po jednej bramce.

Forsberg również nie jest rozwiązaniem pozbawionym wad. W spotkaniu z San Jose Sharks przepuścił pięć z 25 strzałów, ale przeciwko Boston Bruins zaprezentował się znacznie lepiej, zatrzymując 24 z 26 uderzeń. Warto przy tym podkreślić, że chociaż Kings przegrali z Bruins 1:4, dwie ostatnie bramki padły do pustej siatki.

Argumentów przemawiających za większym zaufaniem do Forsberga należy szukać także w poprzednich rozgrywkach. W sezonie zasadniczym 2025/26 Szwed osiągnął 91,0% skuteczności obron i średnią 2,57 wpuszczonego gola na mecz. Kuemper zakończył tamte rozgrywki z odpowiednio 89,1% i 2,78. Co więcej, to Forsberg rozpoczął wszystkie cztery spotkania Kings w fazie play-off.

W mojej ocenie Szwed powinien otrzymać teraz dłuższą szansę jako podstawowy bramkarz. Nie dlatego, że Kuemper nagle zapomniał, jak się broni, ale dlatego, że Forsberg zapracował na nią postawą w poprzednim sezonie i potrafił już pokazać się z dobrej strony w najtrudniejszych momentach.

Nie należy jednak oczekiwać, że zmiana bramkarza automatycznie naprawi wszystkie problemy.

Osobną kwestią jest przyszłość obsady bramki. Kontrakty obu weteranów wygasają po sezonie 2026/27, dlatego zarząd musi zastanowić się nad dalszym kierunkiem.

Kings nie są przy tym pozbawieni młodych zawodników. Erik Portillo zbierał już doświadczenie w AHL, natomiast Carter George i Hampton Slukynsky należą do najbardziej obiecujących prospektów całej organizacji. Obaj rozpoczynają pełne zawodowe kariery i w przyszłości mogą powalczyć o miejsce w NHL.

Nie oznacza to jednak, że któregoś należy natychmiast rzucić na głęboką wodę. Rozwój bramkarzy wymaga czasu, a klub potrzebuje rozwiązania zarówno na najbliższe miesiące, jak i na kolejne lata.

Defensywa nie jest tak beznadziejna, jak sugerują wyniki

25 straconych bramek w sześciu spotkaniach wygląda fatalnie. Średnia 4,17 gola na mecz nie przystoi drużynie, która zamierza walczyć o play-off.

Jednak oceniając samą grę obronną, trzeba oddzielić jej jakość od końcowych wyników.

Los Angeles dopuszcza średnio około 27 celnych strzałów rywali na spotkanie. Nie jest to liczba wskazująca na drużynę całkowicie zdominowaną przez przeciwników. Jeszcze ciekawiej wyglądają statystyki zaawansowane.

Według modelu serwisu playerWON Kings w sześciu spotkaniach generowali średnio 2,73 oczekiwanej bramki (xG), przy 2,50 xG rywali. Oznacza to, że pod względem jakości kreowanych i dopuszczanych sytuacji ich bilans był dodatni, mimo wyraźnie ujemnego bilansu rzeczywistych bramek.

Nie jest to dowód, że defensywa funkcjonuje prawidłowo. Pokazuje jednak, że część problemów wynika ze skuteczności, błędów w konkretnych momentach i gry bramkarzy, a nie z nieustannej przewagi przeciwników.

Najpoważniejszym problemem defensywnym pozostaje gra w osłabieniu. Kings neutralizują zaledwie 61,9% przewag przeciwników, co plasuje ich niemal na samym dnie ligowego zestawienia. Przy takim wyniku nawet stosunkowo niewielka liczba kar potrafi zniweczyć kilkadziesiąt minut dobrej pracy całej drużyny.

Trudno nie odnieść również wrażenia, że Kings zbyt często tracą koncentrację w kluczowych fragmentach spotkań.

Dobrym przykładem jest mecz z Boston Bruins. Los Angeles prowadziło po bramce Alexa Laferriere’a, później straciło wyrównującego gola, a w końcówce Anton Forsberg nie zdołał opanować odbitego krążka. Marat Chusnutdinow wykorzystał zamieszanie przed bramką i wyprowadził Boston na prowadzenie. Dwa kolejne trafienia do pustej siatki jedynie powiększyły rozmiary porażki.

To spotkanie najlepiej pokazuje, że nie zawsze problemem jest liczba sytuacji dopuszczanych przez Kings. Czasami wystarczy jeden błąd, żeby posypała się praca wykonana wcześniej.

Trzonem defensywy nadal pozostają Doughty i Mikey Anderson, ale na coraz większą uwagę zasługuje Brandt Clarke. Młody defensor zakończył poprzedni sezon z 40 punktami, a po sześciu spotkaniach obecnego ma na koncie pięć, najwięcej w całej drużynie.

Clarke daje ofensywie coś, czego Kings bardzo potrzebują: odwagę w rozgrywaniu krążka, mobilność i umiejętność włączania się do akcji.

Nie oznacza to jednak, że należy bez zastanowienia zestawiać go w jednej parze z Doughtym. Obaj są praworęcznymi obrońcami, a ich wspólna gra wymagałaby odpowiedniego dopasowania ról. Obecnie trener Peter Laviolette próbuje innych rozwiązań, łącząc Clarke’a z Erikiem Gustafssonem, a Doughty’ego z Joelem Edmundsonem.

To rozsądny kierunek do dalszych testów. Clarke powinien otrzymywać ważne minuty, szczególnie w przewagach, natomiast nie można sprowadzać oceny obrońcy wyłącznie do liczby zdobywanych punktów.

Ofensywa, która nie potrafi wykorzystać własnych okazji

Jeżeli wskazać element wymagający najpilniejszej poprawy, wybór pada na atak.

Dwanaście bramek w sześciu spotkaniach oznacza średnią zaledwie dwóch goli na mecz. Jest to najgorszy wynik w całej NHL. Skuteczność strzałów Kings wynosi tylko 6,7%, co również plasuje drużynę w ligowym ogonie.

Dla porównania: Brandt Clarke, będący obrońcą, zgromadził pięć punktów, podczas gdy Adrian Kempe i Artemi Panarin mają po cztery. Kempe zdobył tylko jedną bramkę, Panarin trzy, a Quinton Byfield, który miał stać się jednym z głównych motorów napędowych ofensywy po odejściu Kopitara, zanotował zaledwie dwa punkty.

Sam fakt, że najlepiej punktuje obrońca, nie musi jeszcze świadczyć o kryzysie. W Los Angeles staje się jednak symbolem szerszego problemu: napastnicy, od których oczekiwano regularnego zdobywania bramek, zwyczajnie nie dostarczają odpowiedniej produkcji.

Co interesujące, nie zawsze oznacza to, że Kings nie potrafią stwarzać okazji.

Pierwotnie pierwszy atak tworzyli Panarin, Byfield i Kempe. Wspólnie spędzili na lodzie niemal 58 minut gry przy pięciu na pięciu, osiągając według playerWON aż 65,1% udziału w oczekiwanych golach i 69% udziału w próbach strzałów. Problem w tym, że w tym czasie rzeczywisty bilans bramkowy tej trójki wyniósł 1:3.

Mówiąc najprościej: potrafili wypracować przewagę, ale nie potrafili zamienić jej na gole.

Właśnie dlatego uważam, że przed całkowitym rozbiciem tej formacji warto byłoby dać jej jeszcze szansę. Liczby wskazują, że potencjał istnieje. Potrzebne są natomiast lepsze decyzje w końcowej fazie akcji i przede wszystkim skuteczność.

Peter Laviolette zdecydował się jednak na eksperymenty. Przed spotkaniem z Bruins przesunął Alexa Laferriere’a pomiędzy Panarina i Kempego, natomiast Byfield trafił do zestawienia z Trevorem Moore’em.

Nowy wariant przyniósł błyskawiczny efekt w postaci bramki Laferriere’a już po 31 sekundach spotkania z Bostonem. Później jednak ofensywa Kings ponownie zamilkła.

W treningu 19 października Laviolette nadal korzystał z tego ustawienia, a obok Byfielda i Moore’a pojawił się wracający do treningów Mats Zuccarello.

Pozostaje więc pytanie, czy lepiej cierpliwie pracować nad zgraniem najbardziej utalentowanych napastników, czy szukać nowych kombinacji, licząc na natychmiastowe przełamanie.

Moim zdaniem pierwsza opcja zasługuje na większe zaufanie, ale nie można ignorować faktu, że dotychczasowe wyniki wymuszają reakcję szkoleniowca.

Kontuzje utrudniają życie

Nie można również pomijać problemów kadrowych.

Kings rozpoczęli sezon bez Kevina Fiali, który przechodzi rehabilitację po urazie nogi i kolejnej procedurze medycznej. Szwajcar należy do najważniejszych ofensywnych zawodników klubu, a jego nieobecność znacząco ogranicza możliwości budowania formacji.

Kontuzje wyłączyły także Matsa Zuccarella i Alexa Turcotte’a. Pierwszy z nich wrócił już do treningów z zespołem, a jego powrót do gry wydaje się coraz bliższy.

To istotne, ponieważ Zuccarello potrafi znakomicie kreować sytuacje i odnajdywać partnerów podaniami, których inni zawodnicy nawet nie próbują. W zestawieniu z dynamicznymi Byfieldem i Moore’em może stworzyć interesującą kombinację.

Pozostaje jednak problem gry w przewadze. Skuteczność power play Kings wynosi zaledwie 14,3%, co trudno zaakceptować przy takim potencjale ofensywnym.

Właśnie dlatego w kontekście Los Angeles interesująco brzmi nazwisko Patrika Laine.

Fin, którego już wcześniej łączono z Kings, pozostaje zawodnikiem o ogromnym potencjale strzeleckim. Jego uderzenie z pierwszego krążka mogłoby dodać drużynie bardzo potrzebnego zagrożenia podczas gry w przewadze. Nie ma jednak potwierdzenia, że obecnie trwają konkretne rozmowy w sprawie jego pozyskania.

Nie można również zapominać o ryzyku. Laine od dłuższego czasu zmagał się z problemami zdrowotnymi i sportowymi, a sprowadzenie go nie gwarantowałoby automatycznie kilkunastu czy kilkudziesięciu bramek.

Dlatego zanim Ken Holland zdecyduje się na ewentualne wzmocnienia, warto sprawdzić, jak ofensywa zareaguje na powrót kontuzjowanych zawodników i zmiany w ustawieniach formacji.

Kings nie potrzebują kolejnego znanego nazwiska tylko po to, aby dobrze wyglądało na liście płac. Potrzebują hokeistów, którzy rzeczywiście poprawią skuteczność zespołu.

Czy są jeszcze w stanie uratować sezon?

Sześć spotkań bez zwycięstwa nie przekreśla całego sezonu. Szczególnie w NHL, gdzie jedna dobra seria potrafi diametralnie zmienić sytuację w tabeli.

Jednak w przypadku Los Angeles niepokoi nie tylko sam bilans, lecz także fakt, że część problemów była widoczna już w poprzednich rozgrywkach. Niestabilna dyspozycja bramkarzy, kłopoty z grą w osłabieniu i niewystarczająca produkcja ofensywna nie pojawiły się znikąd.

Moim zdaniem Kings nadal mają potencjał, aby wrócić do walki o play-off. Nie wierzę jednak, że wystarczy jedna zmiana w bramce czy przestawienie dwóch napastników.

Przede wszystkim trzeba ustabilizować defensywę i zdecydowanie poprawić grę w osłabieniu. Forsberg powinien dostać możliwość udowodnienia, że zasługuje na większą odpowiedzialność, a Clarke musi pozostać jednym z najważniejszych zawodników odpowiadających za wyprowadzanie krążka i kreowanie gry w przewadze.

W ofensywie największa odpowiedzialność spoczywa na Panarinie, Kempem i Byfieldzie. To od takich zawodników oczekuje się rozstrzygania spotkań, a nie jedynie obiecujących statystyk dotyczących wykreowanych sytuacji.

Szczególnie ważna będzie postawa Byfielda. Po odejściu Kopitara to właśnie on miał zrobić kolejny krok i udowodnić, że potrafi regularnie prowadzić jedną z najważniejszych formacji zespołu. Na razie oczekiwania są zdecydowanie większe niż jego dorobek punktowy.

Najbliższy terminarz nie daje Królom zbyt wiele czasu na spokojne szukanie odpowiedzi.

Już 20 października zmierzą się z Washington Capitals, a następnie czekają ich wyjazdowe spotkania z New York Islanders (22 października), New Jersey Devils (24 października), New York Rangers (26 października) oraz Chicago Blackhawks (27 października).

To pięć meczów, które nie przesądzą jeszcze o losach sezonu, ale mogą bardzo wiele powiedzieć o tym, w jakim kierunku zmierza drużyna Laviolette’a.

Jeżeli Kings przełamią strzelecką niemoc, uporządkują grę w osłabieniu i zaczną wykorzystywać przewagę, którą momentami potrafią wypracować, ich sytuacja może poprawić się szybciej, niż sugeruje obecny bilans.

Jeśli jednak nadal będą potrzebować kilkudziesięciu strzałów, żeby zdobyć jedną bramkę, a kolejne błędy będą niweczyć wysiłek całej drużyny, kryzys szybko przestanie być wyłącznie problemem słabego początku sezonu.

Królom wypada czasem przegrać. Ale drużynie, która chce rządzić w swojej dywizji, nie wypada tak długo czekać na pierwsze zwycięstwo.

A w Los Angeles cierpliwość zaczyna się już wyczerpywać.