Anaheim Ducks mają nowego kapitana. Dziesiątym graczem z „C” na bluzie w historii ekipy z Orange County nie została żadna z młodych gwiazd zespołu, ale weteran Mikael Granlund. Czemu wybór padł na doświadczonego Fina i czy to dobra decyzja?

Cóż, dla wielu był to wybór zaskakujący, ale jak się nad tym zastanowić, to nie jest to pozbawione sensu. Wszyscy wiemy, jak gorączkowe było minione lato w Anaheim. Wszystko zostało podporządkowane zdobyciu podpisów pod nowymi umowami młodych gwiazd przedniej formacji – Leo Carlssona i Cuttera Gauthiera. Po długich negocjacjach z tym drugim i nerwowych dniach po tym, jak Philadelphia Flyers złożyli ofertę kontraktową temu pierwszemu, udało się to osiągnąć, ale trzeba było poświęcić kilku istotnych dla zespołu weteranów. Na wolnym rynku nowych pracodawców znaleźli obrońcy John Carlson i Jacob Trouba, a za porozumieniem stron rozwiązano umowę z Chrisem Kreiderem. W efekcie przed Ducks naprawdę trudny, wymagający sezon, w którym z jednej strony będą wymagania po udanej zeszłorocznej kampanii, a z drugiej trzeba będzie to pogodzić z takim trochę okresem przejściowym, zwłaszcza w tylnej formacji. Nowych twarzy, graczy z niewielkim lub zerowym doświadczeniem w szatni zespołu z Anaheim, zresztą najmłodszej w całej NHL, brakować nie będzie, więc wydaje się, że miejsca na eksperymenty nie ma. Tu potrzeba doświadczonego, spokojnego lidera i w ten obraz Mikael Granlund wpasowuje się niemal idealnie. Można się trochę podśmiewać, że w Anaheim nastała era kapitanów przejściowych, bo po Radko Gudasie, innym weteranie, który dość niespodziewanie otrzymał tę funkcję, nastaje era 34-letniego Granlunda, który ma ważną umowę w Orange County jeszcze tylko przez dwa najbliższe sezony, a w zespole rozegrał raptem jeden i to naznaczony kontuzjami. Fin nie jest jednak postacią przypadkową i zwłaszcza ci, którzy intersują się hokejem reprezentacynym wiedzą, o jakim kalibrze lidera tutaj mówimy.

Starszy z hokejowego rodzeństwa z Oulu od zawsze uchodził za wielki talent fińskiego hokeja. Któż nie pamięta tego słynnego gola w stylu lacrosse, którego wbił Rosjanom w półfinale MŚ elity w 2011 roku. Był wtedy ledwie nastoletnim graczem, jeszcze przed karierą na taflach NHL. Ta, choć długa i na miarę top 10 graczy ze swojego kraju w ujęciu historycznym w wielu liczących się statystykach, też nie zawsze była tak produktywna i usłana różami, jak mogłoby się wydawać. Nowy kapitan Anaheim był w wielu różnych szatniach. Kiedy po latach spędzonych w Minnesota Wild, którzy draftowali go w pierwszej dziesiątce i Nashvile Predators, trafił do Pittsburgh Penguins jego kariera w najlepszej lidze świata znalazała się na sporym zakręcie. Wzięli go znajdujący się w głębokiej przebudowie San Jose Sharks, a on zakasał rękawy i w pełnej młodych graczy szatni wziął na siebie rolę lidera, zarówno w szatni, jak i na lodzie. Produktywne występy na miarę najlepszych z pierwszej fazy jego kariery w NHL zaowocowały transferem do mających mistrzowskie aspiracje Dallas Stars, a potem lukratywnym kontraktem na wolnym rynku od Anaheim Ducks. To jeden z bardziej spektakularnych przykładów „ożywienia” kariery w najlepszej lidze świata w ostatnich latach.

Granlund to nie jest typ głośnego lidera, a raczej kogoś, kto woli przewodzić poprzez dawanie codziennego przykładu. Bycia pokornym, pracowitym liderem uczył się od swoich wielkich rodaków, jak choćby byłego kapitana Minnesota Wild, Mikko Koivu, czy wielkiej legendy fińskiego hokeja Ville Peltonena, którego spotkał na początku swojej kariery w stołecznym HIFK. Dla Granlunda „C” na bluzie ekipy NHL to naturalny krok po tym, jak przywdziewał je w światowych czempionatach w kadrze juniorskiej i seniorskiej i pewne ukoronowanie kariery, choć zawodnik, który w bieżącej kampanii rozegra najpewniej tysięczne spotkanie na taflach najlepszej lidze świata, wypalony na pewno jeszcze nie jest. W nowym sezonie czekają na niego spore wyzwania czysto sportowe, bo wszyscy w Anaheim spodziewają się, że nadal będzie środkowym numer dwa ekipy i będzie wywiązywał się z tej roli tak długo, jak do przejęcia od niego pałeczki w pełni nie będzie młody Roger McQueen. Myślę, że uznanie w szeregach decydentów w Anaheim Granlund zdobył przede wszystkim swoją codzienną postawą, ale na pewno nikomu nie umknęło to, jak bardzo sprawdził się w roli kapitana fińskiej reprezentacji na lutowych igrzyskach, gdzie osłabieni brakiem swojego głównego lidera Aleksandra Barkova, „Suomi” znów oddali sto procent serca i zaangażowania i zasłużenie sięgnęli po brązowy medal. Jak bardzo szanowaną i lubianą postacią w szeregach Ducks jest Granlund pokazują też najlepiej te obrazki po treningu i ogłoszeniu nominacji. Widać szczerą radość i gratulacje, zarówno starszych, jak i młodszych kolegów z szatni.

Wybór kogoś młodszego, bardziej medialnego, lepszego pod względem indywidualnych umiejętności na pewno byłby bardziej atrakcyjny. Bez dwóch zdań. Rywal zza miedzy, San Jose Sharks, poszedł tą drogą, oddając kluczyki w ręce fenomenalnego Macklina Celebriniego. W Anaheim uznali, że to nie jest jeszcze ten moment. Że potencjalni młodzi liderzy muszą jeszcze okrzepnąć. Leo Carlsson i Jackson LaCombe dostali funkcje zastępców kapiata i to najpewniej jeden z nich może być kolejnym, tym razem już długoletnim kapitanem za jakiś czas. Nie ma w tym nic złego. Nie każdy jest Sidneyem Crosbym, czy Connorem McDavidem. Fenomenalny Aleksander Barkov został kapitanem Florida Panthers dopiero w wieku 23 lat. Wydaje mi się, że Leo Carlsson, bo nie ukrywam, że to jego widzę w roli tego kapiatna docelowego, za jakiś czas może pójść w jego ślady. Dlaczego jeszcze nie teraz? W tym kontekście przypomina się od razu jedna ze scen z kultowej serii J.K. Rowling o Harrym Potterze i Dumbledore mówiący do głownego bohatera: „Może się zastanawiałeś, dlaczego nie mianowałem cię prefektem, co? Tak sobie pomyślałem, że masz już za dużo na głowie, żeby brać sobie jeszcze i to”. Na ten moment jakoś trafia do mnie ta argumentacja. Po tej całej sytuacji z podpisanym offer sheet od Flyers lepiej, żeby ten kurz wokół młodego Szweda trochę opadł. Rozsądniej, by Leo odbudował na spokojnie tę więź z organizacją i przede wszystkim z kibicami, co już zaczęło się dziać, bo przecież niedawno opublikował bardzo osobisty list otwarty do wszystkich fanów zespołu, w którym mówił między innymi o swoim szybkim dojrzewaniu z dala od domu, o problemach z jąkaniem i wyrażaniem myśli w było nie było, obcym języku. Niech skupi się przede wszystkim na graniu na miarę swojego nowego potężnego kontraktu, a reszta rzeczy przyjdzie sama czasem i kiedy będzie gotowy, przejmie pałeczkę od Granlunda, który na tu i teraz wygląda na bardzo rozsądny wybór. Przed Anaheim Ducks ciężki sezon, więc doświadczony lider na trudne czasy będzie w cenie.