Piątkowy wieczór miał w Polsce jednego bohatera. Robert Lewandowski, lat 38, trzy gole z Rumunią, 6:0 na Narodowym, pierwsza wygrana w tej edycji Ligi Narodów po remisie z Bośnią i jednym punkcie w dwóch kolejkach. Karny w 24. minucie, potem 47. i 86. Pół internetu zastanawiało się, jak długo ciało potrafi pokazywać metryce język.

Tej samej nocy w Pittsburghu przestało bić serce Lyle’a Odeleina. Miał 58 lat. Dowiedzieliśmy się w sobotę, kiedy Canadiens i Blue Jackets wydały oświadczenia, a Post-Gazette napisał o zawale, powołując się na własne źródła.

Redakcja dała nad tym tekstem słowo „gwiazda”. Pozwolę sobie z nim pokłócić, bo Odelein gwiazdą nie był i podejrzewam, że sam by się obruszył. 50 goli i 252 punkty w 1056 meczach to dorobek człowieka, który w wolnych chwilach zajmował się czymś innym. Czym? Minutami kar. Uzbierał ich 2316, 30 miejsce w historii ligi. W 2018 roku należał do grona 28 zawodników, którzy rozegrali ponad 1000 meczów i przekroczyli 2000 minut na ławce kar. Takie życiorysy pisze się nie dla wielkich nazwisk, tylko dla facetów, którzy przyjmowali ciosy, żeby nazwiska miały spokojny wieczór. Siódma runda naboru w 1986 roku, numer 141. Kibice mówią o takich „nasz”, a działacze „kto?”.

W 1993 roku Canadiens wygrali Puchar Stanleya i do dziś są ostatnim kanadyjskim klubem, któremu się to udało. Odelein zapisał w tamtym sezonie 205 minut kar w 83 meczach. Po latach powtarzał, że Puchar wygrał im Patrick Roy. To nie skromność, to trzeźwa ocena kogoś, kto wie, gdzie stoi w łańcuchu pokarmowym. Potem wymienili go do New Jersey za Stéphane’a Richera, a Devils podnieśli Puchar w 2000 roku, kiedy już go tam nie było. Pech w wersji dla zaawansowanych.

Potem Columbus. Pierwszy kapitan w dziejach Blue Jackets, klubu, który w debiutanckim sezonie był zbyt zajęty przegrywaniem, żeby cokolwiek zauważyć. Odelein w dniu podpisania kontraktu gadał z miejscowym reporterem o tym, co da się uprawiać w Ohio i czy wyrośnie tam pomidor. Każde lato spędzał na rodzinnej farmie w Quill Lake, w przyczepie, przy żniwach. Kolega z szatni żartował, że przyjechałby na lód traktorem, gdyby nie był żonaty. Bill Davidge, wtedy komentator radiowy w Columbus, wspomina głównie jedno: Odie zawsze płacił rachunek. Kirk Muller nie pamięta go bez uśmiechu i dodaje, że gdy ktoś się nie uśmiechał, Odie chciał wiedzieć dlaczego.

Facet od 2316 minut kar i zarazem największy gospodarz po obu stronach Atlantyku. Nie widzę sprzeczności.

A potem przyszedł marzec 2018 roku. Odelein grał w golfa pod Phoenix w Arizonie, gdzie zejście z fairwaya może oznaczać spotkanie nie z wysoką trawą, lecz z kaktusem. Otarł się o chollę, a jej kolce wbiły mu się w udo. Próbował wyciągać je… kijem golfowym. Brzmi jak scena z komedii, ale wydarzyło się naprawdę.

„Wszystko zaczęło się od kaktusa” – mówił później, sam jakby nie do końca wierząc w absurdalność całej historii.

Lekarz Thai Ngoc nie był jednak przekonany, że to właśnie kaktus stanowił źródło problemu. Tydzień wcześniej Odelein przeszedł rutynowe czyszczenie zębów, a bakterie z jamy ustnej mogą przedostać się do krwiobiegu i zaatakować serce. Ta wersja była znacznie mniej efektowna, dlatego w nagłówkach zdecydowanie wygrał kaktus.

13 marca izba przyjęć, 18 marca śpiączka. Zastawka aortalna, jak ujął to jeden z lekarzy, praktycznie eksplodowała, a za nią poszły wątroba i nerki. Szanse? Pięć procent. Laurel powtórzyła tę liczbę reporterowi dwa razy, jakby sama sprawdzała, czy dobrze brzmi.

4 kwietnia ruszyła operacja, jakiej świat wcześniej nie widział. Najpierw wymieniono zastawkę. Godzinę później przeszczepiono wątrobę. Potem lekarze zrobili 12 godzin przerwy, żeby nowy organ zaczął produkować czynniki krzepnięcia. Dopiero około szóstej rano przyszła kolej na nerkę.

Całość trwała niemal dobę, a Odelein przez cały ten czas pozostawał z otwartą klatką piersiową.

Ngoc przyznał później, że przez te godziny był przerażony. Trudno mu się dziwić. Po niemal 24 godzinach tak ekstremalnej operacji miał pełne prawo mieć nerwy w strzępach.

I to jest fragment, który obchodzi mnie najbardziej. W szpitalu nie wszyscy byli za. Część lekarzy uważała, że szansa jest zbyt mała, by marnować trzy cenne narządy. Ngoc powiedział wprost: 65-latka by nie ruszyli, przeciętnego 49-latka też nie. Ruszyli Odeleina, bo był byłym zawodowym sportowcem, a tacy ludzie są fizycznie mocniejsi. Czyli te wszystkie lata w boksie kar, tysiące szarpanin pod bandą, okazały się lokatą.

Potem 40 dni śpiączki. Mrugnięcie 27 kwietnia. Paraliż od szyi w dół, polineuropatia, po której pacjenci rzadko wracają do pełni sprawności. W głowie prosił, żeby odłączyć maszyny, bo tak nie chciał żyć. W połowie maja powiedział „Cześć, Laurel”. Stracił około 34 kilogramów. Wózek, chodzik, laska. 11 października pojawił się w Montrealu na ceremonii z okazji 25-lecia Pucharu i dostał owację, o której chyba każdy chłopak z Saskatchewanu marzy, kiedy jako dziecko kibicuje Canadiens.

Osiem lat. Tyle dostał z tych pięciu procent. Nie wiem, czy piątkowy zawał miał cokolwiek wspólnego z tamtą wiosną, i nie zamierzam udawać kardiologa. Wiem tylko, że 50. urodziny obchodził w lipcu 2018 roku, kiedy mało kto zakładał, że do nich dotrze. Osiem lat to nie jest porażka statystyki. To jedna z niewielu rzeczy, które statystyka zrobiła dla człowieka uczciwie.

W sobotę Penguins, jego ostatni klub i miasto, w którym został, podejmowali Canadiens, klub, od którego zaczął. Pittsburgh 6:5 po dogrywce, dwa gole Thomasa Novaka, w tym ten decydujący. Los czasem pisze lepiej niż redakcje, tylko rzadko to, co byśmy chcieli. Columbus uczciło go przed meczem z Utah filmem i minutą ciszy. Dobrze, że od razu. Liga, która właśnie wydłużyła sezon do 84 meczów, żegna człowieka, który zagrał 1056.