Rynek transferowy NHL pełen jest rozmów i negocjacji, które nigdy nie wychodzą poza gabinety generalnych menedżerów. Czasami jednak po sfinalizowaniu wielkiej wymiany zaczynają pojawiać się szczegóły pokazujące, jak skomplikowana była droga do jej przeprowadzenia. Tak właśnie jest w przypadku transferu Kiriłła Marczenki do Toronto Maple Leafs.
Na pierwszy rzut oka największa wymiana końcówki offseason była przede wszystkim zamianą dwóch znakomitych młodych skrzydłowych. Toronto pozyskało Marczenkę, bramkarza Elvisa Merzlikinsa oraz Milesa Wooda. Do Columbus powędrowali Matthew Knies, Steven Lorentz, Emil Andrae oraz wybór w drugiej rundzie draftu 2027.
Marczenko następnie podpisał z Maple Leafs sześcioletnie przedłużenie kontraktu o łącznej wartości 75 milionów dolarów, co oznacza średnio 12,5 miliona dolarów za sezon.
Okazuje się jednak, że za całą operacją kryła się znacznie bardziej skomplikowana historia. Według Pierre’a LeBruna z „The Athletic” oraz Darrena Dregera z TSN Rosjanin wcale nie traktował Toronto jako swojego wymarzonego kierunku. Marczenko miał preferować transfer do Montreal Canadiens.
Powód był bardzo konkretny – chciał grać razem z Iwanem Diemidowem.
Marczenko i młoda gwiazda Canadiens mają tego samego agenta, Dana Milsteina, co naturalnie ułatwiało rozmowy dotyczące możliwości połączenia obu Rosjan w Montrealu. Canadiens rzeczywiście byli poważnie zainteresowani pozyskaniem skrzydłowego Columbus i przez pewien czas wydawało się, że taki scenariusz może stać się rzeczywistością.
Montreal próbował, ale Columbus chciało konkretnego zawodnika
Generalny menedżer Canadiens Kent Hughes prowadził rozmowy ze swoim odpowiednikiem w Columbus, Donem Waddellem. Problemem od początku była jednak cena.
Blue Jackets nie interesował pakiet oparty przede wszystkim na wyborach w drafcie czy dalszych prospektach. Columbus chciało otrzymać młodego zawodnika, który natychmiast mógłby wejść do składu i odgrywać w nim istotną rolę.
Montreal nie zamierzał poświęcać jednego z najważniejszych elementów swojego młodego rdzenia. Hughes nie chciał oddawać zawodnika pokroju Juraja Slafkovskiego, a bez takiego elementu oferty propozycje Canadiens nie spełniały oczekiwań Blue Jackets.
I właśnie tutaj pojawiło się Toronto.
Według Darrena Dregera rozmowy Maple Leafs z Columbus rozpoczęły się już w okolicach 1 lipca. Co ciekawe, początkowo dotyczyły zupełnie innego zawodnika. Toronto interesowało się Zachem Werenskim, a częścią potencjalnego pakietu miał być Matthew Knies.
Do tej transakcji nie doszło, ale kontakt między klubami został nawiązany.
Sytuacja zmieniła się, kiedy stało się jasne, że przyszłość Marczenki w Columbus stoi pod dużym znakiem zapytania. Gdy Blue Jackets zaczęli poważnie rozważać jego sprzedaż, generalny menedżer Toronto John Chayka pozostał przy stole negocjacyjnym.
Dreger określił późniejszą rywalizację o Rosjanina jako swoisty „kanadyjski pojedynek” między Toronto a Montrealem.
Maple Leafs dysponowali jednak czymś, czego Canadiens nie chcieli zaoferować – Matthew Kniesem.
Knies przesądził o zwycięstwie Toronto
Dla Columbus był to niezwykle atrakcyjny element wymiany. Knies miał dopiero 23 lata, był już sprawdzonym zawodnikiem NHL, a dodatkowo znajdował się pod kontrolą klubu dzięki podpisanemu w 2025 roku sześcioletniemu kontraktowi ze średnią wartością 7,75 miliona dolarów za sezon.
W poprzednim sezonie ustanowił rekord kariery, zdobywając 66 punktów w 79 spotkaniach.
To właśnie gotowość Chayki do włączenia Kniesa do transakcji miała ostatecznie przechylić szalę na korzyść Maple Leafs. Columbus otrzymywało młodego zawodnika mogącego od razu odgrywać znaczącą rolę, natomiast Toronto dostawało jednego z najskuteczniejszych strzelców Blue Jackets ostatnich lat.
Osobiste preferencje Marczenki nie wystarczyły więc, aby skierować go do Montrealu.
Pierre LeBrun ujawnił przy tym jeszcze jeden interesujący szczegół. Gdyby Canadiens zdołali przeprowadzić transfer, klub miał wierzyć, że jest w stanie podpisać z Marczenką kontrakt o niższej średniej wartości niż 12,5 miliona dolarów, które Rosjanin ostatecznie otrzymał w Toronto.
Teoretycznie Montreal mógł więc dostać zawodnika, który sam chciał tam występować, i jednocześnie podpisać z nim tańszą umowę. Problemem przez cały czas pozostawała jednak cena samego transferu.
Marczenko chciał odejść z Columbus
Doniesienia Aarona Portzline’a, od lat zajmującego się Blue Jackets, dodają do całej historii kolejną warstwę.
W przypadku Marczenki wiadomo już, że zawodnik rzeczywiście chciał zmienić otoczenie.
Generalny menedżer Columbus Don Waddell przyznał, że nigdy nie otrzymał od Rosjanina jednoznacznego wyjaśnienia, dlaczego nie chciał kontynuować kariery w Ohio. Marczenko i jego agent Dan Milstein przekazali jednak klubowi, że zawodnik „wolałby grać gdzie indziej”.
Było to zgodne z sygnałami pojawiającymi się już od kilku miesięcy. Marczenko nie deklarował jednoznacznie chęci pozostania w Columbus po zakończeniu obowiązującego kontraktu. W trakcie finalizowania wymiany Blue Jackets pozwolili Toronto rozpocząć z nim rozmowy dotyczące nowej umowy.
Maple Leafs szybko doszli z Rosjaninem do porozumienia.
Sportowo trudno dziwić się zainteresowaniu Marczenką. 26-letni skrzydłowy zakończył poprzedni sezon z 27 golami i 67 punktami, a przez trzy kolejne sezony był najlepszym strzelcem Columbus Blue Jackets.
Toronto pozyskało więc zawodnika znajdującego się w najlepszym okresie kariery i mającego być jednym z najważniejszych elementów ofensywy zespołu.
A co z Kniesem? „Cieszę się, że to już za mną”
Znacznie mniej jednoznaczna jest sytuacja Matthew Kniesa.
Nazwisko Amerykanina przez wiele miesięcy regularnie pojawiało się w spekulacjach transferowych, mimo że jego pozycja w Toronto wydawała się bardzo mocna. Był wyborem Maple Leafs z drugiej rundy draftu, całą dotychczasową karierę w NHL spędził w tym klubie, stał się ważną częścią zespołu i cieszył się dużą sympatią kibiców.
Do tego właśnie rozegrał najlepszy sezon w karierze.
Dlatego szczególne zainteresowanie wzbudziły jego słowa po transferze. Według Portzline’a, pytany o zakończenie swojego etapu w Toronto, Knies stwierdził, że „cieszy się, że to już za nim”.
W kontekście wielomiesięcznych plotek transferowych trudno całkowicie zignorować tę wypowiedź.
Nie oznacza ona jednak, że Knies zażądał transferu.
To ważne rozróżnienie. W przypadku Marczenki mamy publiczne potwierdzenie ze strony generalnego menedżera Blue Jackets, że zawodnik i jego agent przekazali klubowi chęć gry gdzie indziej. W przypadku Kniesa Portzline wskazuje jedynie na możliwość, że również on był gotowy na zmianę otoczenia. Nie ma natomiast potwierdzenia, że 23-latek formalnie poprosił Maple Leafs o transfer.
Ciekawy jest również komentarz Johna Chayki. Generalny menedżer Toronto przyznał, że po wymianie przeprosił Kniesa za cały „szum” związany z jego nazwiskiem w poprzednich miesiącach.
Chayka utrzymywał jednocześnie, że wymiana z Columbus była jedyną transakcją z udziałem Kniesa, którą Maple Leafs naprawdę poważnie rozważali. Sam fakt, że jego nazwisko znajdowało się w rozmowach z Blue Jackets już przy wcześniejszych negocjacjach dotyczących Werenskiego, pokazuje jednak, jak dużą wartość miał dla Toronto jako potencjalny element wielkiej wymiany.
Dwóch zawodników, którzy mogli potrzebować zmiany
W ten sposób jeden z największych transferów offseason zaczyna wyglądać inaczej niż bezpośrednio po jego ogłoszeniu.
Marczenko nie widział swojej przyszłości w Columbus. Jego preferowanym kierunkiem miał być Montreal, gdzie mógłby występować u boku Iwana Diemidowa. Canadiens prowadzili negocjacje, ale nie chcieli zapłacić ceny wymaganej przez Blue Jackets.
Toronto było gotowe to zrobić.
Maple Leafs oddali Matthew Kniesa – zawodnika młodszego od Marczenki, mającego za sobą 66-punktowy sezon i zabezpieczonego długoterminowym kontraktem. Jednocześnie jego późniejsza wypowiedź sugeruje przynajmniej, że zakończenie okresu nieustannych spekulacji wokół jego przyszłości mogło przynieść mu ulgę.
Marczenko dostaje teraz możliwość zostania jednym z centralnych elementów ofensywy Toronto. Knies trafia natomiast do młodego zespołu Columbus, w którym może otrzymać jeszcze większą rolę.
Dla Canadiens pozostaje pytanie „co by było, gdyby”. Montreal miał zawodnika zainteresowanego transferem, potencjalnie możliwość podpisania z nim korzystniejszego finansowo kontraktu i atrakcyjną perspektywę stworzenia rosyjskiego duetu Marczenko–Diemidow. Kent Hughes nie chciał jednak rozbijać budowanego od kilku lat młodego rdzenia tylko po to, aby doprowadzić do jednej wielkiej transakcji.
Dodatkowego smaczku całej historii dodaje fakt, że Toronto i Montreal już wkrótce spotkają się w meczu otwierającym sezon 2026/27.
Jeżeli Marczenko pojawi się z Maple Leafs w Bell Centre, kibice Canadiens będą oglądali zawodnika, który – według informacji LeBruna i Dregera – sam chciał znaleźć się po drugiej stronie tej rywalizacji.
Ostatecznie jedna wymiana połączyła historie dwóch zawodników, których nazwiska przez wiele miesięcy przewijały się w transferowych spekulacjach. Marczenko z całą pewnością chciał zmiany otoczenia. W przypadku Kniesa nie wiadomo, czy posunął się równie daleko, ale jego reakcja po transferze pokazuje przynajmniej, że zamknięcie tego rozdziału nie było dla niego powodem do rozpaczy.
I być może właśnie to jest najciekawszym elementem całej transakcji: Toronto i Columbus nie tylko wymieniły dwóch wartościowych młodych napastników. Niewykluczone, że jednocześnie dały obu dokładnie tę zmianę, której w tym momencie kariery potrzebowali.


Komentarze pod tekstem