Operację możemy wyznaczyć na kolejny wtorek.

W tamtym momencie, gdy doktor powiedział te słowa tak po prostu, nie wiedziałem nawet, czy coś naprawdę mi jest.

– Skan pokazuje pięciomilimetrowy guz na twoim jądrze – mówił dalej. – To rutynowa procedura. Jak tylko pozbędziemy się go i zrobimy biopsję będziemy wiedzieć z czym się mierzymy. Jesteś młody i udało nam się wyłapać to szybko, więc wszystko powinno być w porządku.

Więc tak… Trzy miesiące temu zdiagnozowano u mnie raka jąder. Niemożliwe, prawda?

Byłem w szoku. Wszystko to wydarzyło się w tak zawrotnym tempie. Najpierw zostaliśmy wyeliminowani z play-offów szybciej niż byśmy tego chcieli, ale nie minął nawet tydzień, a pojawiła się kolejna możliwość przedłużenia wakacyjnego hokeja – dostałem zaproszenie od reprezentacji Kanady na mistrzostwa świata. Pamiętam, jak przylecieliśmy z Jonathanem Marchessaultem do Słowacji i dotarliśmy po ciężkich bojach do finału. Nawet pomimo tego, że to Finowie zgarnęli złoto bawiłem się tam świetnie.

W końcu byłem gotowy wrócić do domu i zrelaksować się po tych kilku szalonych miesiącach. Jednak moje życie miało się właśnie diametralnie odmienić. W jednej sekundzie idę do szatni ze srebrnym medalem na szyi, a w kolejnej jakiś gość w garniaku prosi mnie, żebym poszedł za nim.

Każdy hokeista wie co to oznacza – losowe badanie na obecność substancji zakazanych. To nic wielkiego, ale muszę przyznać, że byłem lekko zaskoczony, w końcu przeprowadzono już jedno przed ćwierćfinałami. Dwa testy w trakcie jednego turnieju to dosyć niespotykana sytuacja.

Koleś w garniaku poprowadził mnie do pokoju, w którym siedziało czterech innych gości. Zacząłem się denerwować. Coś było nie tak.

I wtedy przekazali mi złą wiadomość – nie przeszedłem pomyślnie poprzedniego badania.

Zacząłem się pocić, to był jakiś koszmar, do tego przekłamany, bo niczego nie brałem. Mówili wiele rzeczy – o regulaminach, wynikach, testach i możliwych kolejnych krokach – ale ja ich nie słuchałem, byłem zbyt zajęty chaosem w mojej głowie. Czy wypiłem jakiś dziwny proteinowy shake? Czy to sen? Jak to możliwe?

Powiedzieli też, że hormon, który u mnie wykryli był nazwany hCG (przyp. tłum. – gonadotropina kosmówkowa) i najczęściej spotyka się go u kobiet w ciąży. Wyjaśnili mi, że pojawia się także w niektórych przypadkach raka jąder.

Wydaje mi się, że powinienem wtedy się przestraszyć, ale szczerze mówiąc nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Byłem skołowany, chciałem wrócić do domu i porozmawiać z moim doktorem. Ktoś musiał mi wyjaśnić, o co w tym wszystkim chodzi. Przy zdrowych zmysłach utrzymywał mnie mój agent, który przeszedł już coś takiego z Philem Kesselem.

Wróciłem do domu, niemal od razu poszedłem na badania krwi. Sęk w tym, że się nie bałem, nie miałem na to czasu. Wszystko działo się tak szybko, wręcz zbyt szybko, żeby to ogarnąć. Na skanach wyszło, że mam guza. Kiedy lekarze mi to przekazywali nie było, jak w filmach. Zabrakło dramatycznych pauz i upiornej muzyki. Jeden z doktorów przedstawił mi to bardzo prosto i szczerze, był przy tym wszystkim bardzo spokojny. W odróżnieniu do niego nie potrafiłem zachować zimnej krwi. Nie jesteś w stanie przygotować się na ten moment, gdy dowiadujesz się, że masz raka. Ostatecznie – byłem przerażony.

Po tym przyszedł czas na najtrudniejszą część – musiałem powiedzieć swojej rodzinie i dziewczynie. To były bardzo emocjonalne konwersacje, szczególnie ta z moją dziewczyną, która już dawniej niemal straciła w ten sposób kogoś bliskiego. Moja rodzina także zmagała się w przeszłości z rakiem. Moja babcia pokonała raka piersi dzięki wczesnemu rozponaniu, a dziadek nie dał się rakowi prostaty i nerki.

Hokeiści od małego uczeni są, aby zachować spokój w każdej sytuacji i nie pokazywać emocji oraz bólu. To był bodajże pierwszy raz w moim życiu, gdy nie potrafiłem się do tej maksymy dostosować.

Oczywiście, musiałem też powiedzieć swoim kolegom z zespołu, w końcu to przedłużenie mojej rodziny. To też nie było łatwe. Muszę przyznać, że powiedziałem im w iście hokejowy sposób.

W Vegas nasza hokejowa ekipa działa na trochę innych zasadach niż w innych miastach. Jesteśmy naprawdę blisko i nie mówię tu tylko o graczach, ale też o żonach, dziewczynach, matkach, ojcach i dzieciach. To ma sens, jeśli się nad tym chwilę zastanowicie – w końcu to bardzo unikalna sytuacja, w której około trzydziestu hokeistów nagle musiało przenieść swoją rodzinę do nieznanego miasta. Wszyscy wspólnie sobie radziliśmy z tą przeprowadzką. Prawie, jak świeżo upieczeni studenci.

Mamy czat, do którego dodani są absolutnie wszyscy związani z Golden Knights. Jeśli ktoś czegoś potrzebuje, pisze tam i sprawa jest załatwiana w trymiga. Co więcej, dziewczyny zrobiły z tego taki mały portal newsowy, jeśli coś się dzieje możesz być pewny, że pojawi się to tam w pięć sekund.

Myślę, że dobrze wiecie, że hokeiści nie potrafią odnaleźć się w emocjonalnych sytuacjach, dlatego też postanowiłem, że nie będę dzwonił do każdego z osobna i opowiadał, co się wydarzyło. Stwierdziłem, że jeśli pojawi się to na czacie to nieco złagodzi to cios. Okazuje się, że było to pobożne życzenie. Po dziesięciu sekundach zadzwonił do mnie Marchy, z którym widziałem się dosłownie kilka godzin wcześniej. Czemu mi nie powiedziałeś? Wszystko będzie w porządku?

Absolutnie nie wiedziałem, jak mam rozmawiać z resztą Rycerzy o raku. Nie chciałem, żeby traktowali mnie, jak chorego. Wręcz przeciwnie – chciałem czuć się tak, jak wcześniej, gdy wszystko było normalne. Nie wiem, jakim cudem, ale podczas draftu w 2017 roku do Vegas sprowadzono wielu wyjątkowych, dobrych ludzi, którzy byli ze mną i wspierali mnie na każdym kroku.

Na tydzień przed operacją do Nevady przyleciał mój najlepszy przyjaciel. Dzięki niemu mogłem się na chwilę rozluźnić i nie myśleć o chorobie. Co zabawne, na kilka dni przed dniem zero pojechaliśmy pograć w golfa i spotkaliśmy Phila Kessela. Ze wszystkich ludzi na świecie trafiliśmy właśnie na niego. Możecie w to uwierzyć?

Pewnie podejrzewacie, że rozmawiałem z nim o operacji i rehabilitacji, zadawałem tysiące pytań, ale tak naprawdę… nie mogłem się przemóc. Nie powiedziałem mu wtedy o tym, że za kilka dni będę leżał na stole operacyjnym.

Nie będę kłamał – w ostatnią noc byłem kłębkiem nerwów. Starałem się oglądać film z dziewczyną, ale nie mogłem się na nim skupić. Szczerze nie pamiętam nawet, co obejrzeliśmy tamtego wieczoru. Byłem zamknięty ze swoimi myślami, naprawdę się bałem.

Następnego ranka dostałem wiadomość od nieznanego numeru. Okazało się, że mój agent powiedział Philowi o tym, co miało się wydarzyć za kilka godzin. Phil życzył mi powodzenia i zapewnił, że wszystko będzie w porządku. To znaczyło dla mnie naprawdę wiele. Usłyszałem to od kogoś, kto sam to przeszedł i wrócił do gry bez szwanku.

Operacja miała być jedną z najtrudniejszych rzeczy w całym tym procesie. Wierzcie lub nie, ale nigdy wcześniej, pomimo niemal dwudziestoletniego hokejowego stażu, nie musiałem się z tym mierzyć. Na szczęście okazało się, że nie mogło być łatwiej. Bez stresu – nakładają ci maskę na twarz i jesteś całkowicie odcięty. Obudziłem się, jak po dobrej drzemce. Wszystko było w porządku, doktorzy wycięli całość… tylko, że strasznie, ale to masakrycznie bolało, jak się śmiałem. Mówiłem wszystkim wokół, żeby mnie nie rozśmieszali.

Po tym wszystkim, co przeszedłem tego lata jedyne o czym marzę to powrót do tego, co kocham. Chcę czerpać radość z każdej chwili spędzonej w tym sezonie na lodzie. Z każdego treningu, każdego meczu, każdego przelotu samolotem z chłopakami… wszystkiego tego, co mogło być mi odebrane. To cud, że wszystko rozegrało się w ten sposób.

Biopsja wykazała, że to nowotwór we wczesnym stadium. Będzie okej, bo zostałem bardzo szybko zdiagnozowany. A wszystko to dzięki testom na mistrzostwach świata.

Dalej nie do końca potrafię zrozumieć, jak do tego doszło. To niesamowity efekt motyla. Gdybym nie pojechał na ten turniej i nie podszedł do tego badania… mój rak mógłby pozostać niewykryty jeszcze przez kilka lat. Nie chcę nawet myśleć, co by się wydarzyło. Nieistotne, czy wierzycie w przypadek, czy nie, to prawdziwy cud, że cała ta historia się tak potoczyła.

Teraz budzę się co rano szczęśliwy, że dostałem kolejną szansę na robienie tego, co kocham i przebywanie z moją rodziną oraz chłopakami z drużyny. To tego typu rzeczy, które bierzesz za pewnik, gdy masz 24 lata. Nigdy nie myślisz, że coś takiego może ci się przydarzyć. W rzeczywistości najwięcej ofiar raka jąder to mężczyźni w wieku od 20 do 35 lat. Co roku diagnozowanych jest około 9,500 kolejnych ludzi.

Wiem, jak dużo szczęścia miałem. Wyszedłem z tego bez szwanku i dalej mogę grać. To, co przeszedłem jest niczym w porównaniu do historii dzieciaków, które poznałem. Oni są o wiele bardziej odważni ode mnie. Mam jednak nadzieję, że ludzie zaczną częściej o tym rozmawiać, szczególnie młodzi mężczyźni, dla których to temat tabu.

W pełni to rozumiem. Sam bałem się odezwać do Phila. Byłem przerażony widmem rozmowy o tym z chłopakami z zespołu. Nie radzimy sobie w emocjonalnych sytuacjach, jak już mówiłem. Nie jesteśmy też najlepsi w dbaniu o siebie, jeśli nie jest oczywiste, że coś się zepsuło.

Jeśli jednak czytasz ten tekst i jesteś młodym chłopakiem – muszę to podkreślić: dowiedz się, jakie są symptomy.

Porozmawiaj o tym, co zauważysz z lekarzem. Nie wstydź się, po prostu to zrób, bo wczesne rozpoznanie jest niezwykle ważne. Uratowało moją karierę, a może nawet więcej. W końcu kto wie, co by się stało, gdybym nie poleciał do Słowacji… nie chcę nawet o tym myśleć.

Zazwyczaj nie lubimy być wrażliwi. Nawet w obliczu tak poważnej choroby, jak rak staramy się robić dobrą minę do złej gry i udawać, że wszystko jest w porządku. W tym jesteśmy dobrzy. Dotarło do mnie, jakie to prawdziwe, dopiero gdy pomyślałem o tym, co mogło mi zostać odebrane.

Minęło dopiero kilka miesięcy, ale muszę to powiedzieć…

Tęsknię za resztą chłopaków.

Tęsknię za fanami.

Tęsknię za staniem przed szatnią na moment przed wybiegnięciem na lód.

Tęsknię za tą energią fanów, gdy wszyscy wiemy, że za chwilę dojdzie do pierwszego wznowienia.

Tęsknię za tym wszystkim, a to dopiero trzy miesiące. Nie mogę sobie wyobrazić, gdyby to miało trwać dłużej. Nawet w nieskończoność.

***

Dla wszystkich naszych fanów, organizacji i całej hokejowej społeczności, która wspierała mnie w tym trudnym okresie – DZIĘKUJĘ. Z całego serca dziękuję.

Mam nadzieję, że ta historia pozwoli nam zacząć rozmawiać i zwiększy świadomość ludzi w kwestii tej choroby. Będę pracował z Golden Knights oraz Golden Knights Foundation i pomagał ludziom, którzy walczą z rakiem. Cieszę się, że mogę być ambasadorem i adwokatem w tak ważnej sprawie.

Widzimy się za niedługo w Fortecy (przyp. tłum. – to nieoficjalna nazwa areny Golden Knights),
Shea


 

NHL w PL nie rości sobie praw do oryginalnej treści powyższego tekstu i materiałów foto. Oryginalne treści możecie znaleźć tutaj. Materiał jest przetłumaczony w celu przybliżenia polskim kibicom NHL wiadomości ze świata najlepszej ligi hokejowej. Tłumaczenie jest własnością intelektualną NHL w PL.

 

4 KOMENTARZE

  1. Wykryty rak tak we wczesnym stadium pozwala uniknąć dalszego rozwoju. Chwała, że wszystko przebiegło dobrze. Uczucie gdy dowiadujesz się o schorzeniu, nie da się porównać z niczym. W jednej sekundzie uswiadamiasz sobie co oznacza, czy oznaczało słowo “zycie” i jak je przeszedłeś.

     
  2. Szanowna Redakcjo,
    Czy byłaby szansa, żeby ten artykuł ukazał się jako darmowy tekst?
    Zdaję sobie sprawę, że piszecie (tłumaczycie) żeby zarobić, ale rozpowszechnienie tego akurat tekstu może komuś uratować życie. Serio.
    Akurat w tej kwestii jestem bardzo związany z tematem. Ja swój nowotwór zdiagnozowałem 2 lata temu dzięki hokeistom NHL i ich przyłączeniu się do akcji movember -na dzień dzisiejszy jestem zdrowy.
    Akurat większość nowotworów jądra jest bardzo łatwo uleczalna (choć leczenie przyjemne nie jest), jednak problemem jest to, że mężczyźni często “olewają” sprawę, a niestety te nowotwory rosną i zabijają bardzo szybko.
    Jest spora szansa, że ten artykuł natchnie jakiegoś chłopaka i odpowiednio wcześnie zgłosi się do lekarza (albo dziewczynę, która wyśle swojego faceta do doktora -o dziwo częsta sytuacja). Czytając i porównując do osobistych doświadczeń pomyślałem, że można by go udostępnić publicznie -sam na pewno zrobiłbym to w social mediach. Im więcej osób to przeczyta tym większa szansa na uratowanie kogoś.
    Rzucam pomysł do przemyślenia.

    Verna