Dwa kolejne sezony na początku lat 80. minionego stulecia, w których Vancouver Canucks nie zdołali przebrnąć pierwszej rundy play-off, kosztowały trenera Rogera Neilsona stanowisko. Miejsce wyjątkowego szkoleniowca, dzięki pracy (i nowatorskim metodom) którego ekipa z Kolumbii Brytyjskiej zagrała po raz pierwszy w swojej historii w finale Pucharu Stanleya, zajął kompletny nowicjusz w świecie zawodowego hokeja. Eks-trener Canucks, pełniący już wówczas funkcję menedżera zespołu, Harry Neale, ku zaskoczeniu niemal wszystkich, postanowił rolę głównodowodzącego zespołem powierzyć 32-letniemu Billowi LaForge’owi.

Późną wiosną 1984 roku wydawało się, że w Vancouver postawią na zbierającego bardzo dobre recenzje za pracę na poziomie juniorskim oraz akademickim Mike’a Keenana. Na korzyść 35-latka przemawiał również fakt, że pracował już z seniorami, prowadząc Rocherster Americans do triumfu w AHL. Neale uznał jednak, że mającym wówczas opinię nieco zbyt luźno podchodzących do swoich obowiązków graczom Canucks przyda się ktoś mający twardą rękę i preferujący fizyczny styl gry. Złożył więc propozycję dotychczasowemu trenerowi Kamloops Oilers Juniors, który kilkanaście dni wcześniej zagrał ze swoimi podopiecznymi w półfinale Memorial Cup. Wybór Neale’a spowodował konsternację kibiców i obserwatorów. Dlaczego? Za odpowiedź posłużyć musi opowieść o tym, kim był Bill LaForge.

Trochę hokeista, trochę futbolista, w sumie nikt

Zawodnicza kariera LaForge’a nie należała do najbardziej spektakularnych. Jako nastolatek dobrze radził sobie zarówno z hokejowym kijem, jak i uganiając się po futbolowym boisku. Grał w juniorskiej ekipie Edmonton Huskies, a mając 23 lata podjął próbę dostania się do występującej w Canadian Football League drużyny Calgary Stampeders. Uraz, jakiego nabawił się w trakcie pracy na budowie, czym zajmował się wówczas zawodowo, spowodował, że nie miał szans na zaliczenie testów fizycznych i musiał pogodzić się tym, że zawodowy futbol nie jest dla niego.

Musiał zapewnić byt swojej rodzinie – świeżo poślubiona małżonka Penny, nauczycielka z wykształcenia, otrzymała propozycję pracy w rezerwacie Enoch plemienia Kri. LaForge uznał, że spróbuje znaleźć tam również coś dla siebie. Tak rozpoczęła się jego działalność na niwie trenerskiej. Przez ponad 6 lat pracował z młodymi hokeistami, którym wpajał wiedzę o tym sporcie, jednocześnie czerpiąc od nich ich plemienne wartości. We wspomnieniach o nim można znaleźć sugestie, że myślenie w kategoriach „my” a nie „ja” wyniósł właśnie z tej pracy.

Hokejowa filozofia LaForge’a

Podkreślał później wielokrotnie, że istotą jego filozofii było przekonanie zawodników, by zamiast dbać o swoje indywidualne sukcesy, myśleli przede wszystkim o zespole. Ważniejsze od tego, co macie napisane na plecach, jest to, co widnieje na Waszej piersi, zwykł podobno mawiać swoim podopiecznym. Swoisty hokejowy doktorat, jego zdaniem, uzyskiwali ci, którzy potrafili kierować się zasadą określoną właśnie literami „PhD” – pride, hustle & desire. Był zwolennikiem niezwykłej fizyczności zarówno w czasie treningów jak i spotkań. Chętnie wykorzystywał do zajęć manekiny, które zwykle służyły futbolistom do ćwiczeń zderzeń oraz obalania rywali.

Wymyślał też przedziwne sposoby dekoncentrowania rywali, m.in. każąc swoim graczom siedzieć na ławce i po prostu bez słowa gapić się na rozgrzewających się przeciwników. Gdy rywale skończyli rozgrzewkę, zawodnicy LaForge’a wstawali i w ciszy, niczym jakieś psychopatyczne androidy, schodzili do szatni. Tam zaś też nie bywało normalnie. W szatni jednego z zespołów, które prowadził, LaForge kazał bowiem zamontować sygnalizację świetlną rodem z przejścia dla pieszych. Gdy drużyna schodziła na przerwę, zapalała się czerwona lampa ze znakiem „STOP”, co oznaczało zaprzestanie jakiejkolwiek agresji. Gdy tylko gwizdki sędziowskie lub syreny obwieszczały konieczność powrotu na lód, w szatni rozbłyskiwała zielona lampa, która oznaczała, że jego podopieczni mogli znów rozpocząć wojnę na tafli.

Dr Jekyll i Mr Hyde

Choć trenerem był niezwykle osobliwym, a metody jego pracy wskazywać mogły raczej na nie do końca zrównoważonego psychicznie człowieka, to zdaniem wielu, jego najbliższych czy graczy, z którymi miał okazję pracować, miał świetny charakter. Dobrze wypowiadali się o nim byli podopieczni, wśród których nie brakowało późniejszych graczy NHL – Shayne Corson, Keith Primeau, Brad May, Ken Daneyko czy Rob Brown. Kibice Kamloops do dzisiaj uważają go z jednego z najlepszych szkoleniowców, jaki pracował w ich klubie, wymieniając go w jednym rzędzie z Kenem Hitchcockiem, Donem Hayem i Tomem Rennym.

LaForge był opiekuńczy, zaangażowany w to, co robił, gotowy, by wskoczyć w ogień za swoich podopiecznych. Z żoną wychowywali piątkę dzieciaków. Najstarszy z nich, syn Bil, obecnie pełniący funkcję menedżera Seattle Thunderbirds, w jednym z wywiadów opowiadał o losach swojej rodziny. O tym, jak przenosiła się w latach 80. wraz z ojcem po niemal całym kontynencie czy o tym, ile ciepła rodzinnego Bill wraz z Penny starali się dawać swojej gromadce. Pierworodny syn LaForge’a miał cztery siostry, przy czym najmłodsza Bonnie przeżyła raptem pół roku.

Urodziła się z wadą genetyczną, która sprawiała, że jej organizm nie potrafił przeciwstawić się żadnej, najmniejszej choćby infekcji. Lekarze twierdzili, że umrze po kilku dniach od narodzin, ale dzięki ogromnemu zaangażowaniu rodziców dziewczynka żyła znacznie dłużej. Bil wspominał o tym, jak jego rodzice organizowali siostrze „urodziny” co miesiąc, mając świadomość, jak krótkie może być jej życie. W tym czasie LaForge Sr. pracował z młodymi chłopakami z Kamloops, prowadząc ich do udziału w finałowym turnieju o Memorial Cup. Patrzył, ile radości sprawiało im granie. Starał się cieszyć razem z nimi każdym sukcesem. W głowie musiał mieć jednak stale myśl o gasnącej powoli córeczce.

Wszystko zaczęło się w Oshawie

Nim jednak rodzinę LaForge’ów dotknęła ta tragedia, a Bill zaczął pracę w rodzinnym Edmonton, miał okazję spróbować swoich sił w klubach z Oshawy i Reginy. Droga do objęcia posady szkoleniowca w OHL nie była jednak najprostsza. Z pomocą przyszedł mu Sherry Basin, jedna z legend hokeja juniorskiego w Ontario i wieloletni menedżer Oshawa Generals. Obaj panowie spotkali się w trakcie jednego z turniejów Junior B, gdzie swoich chłopców z Enoch przywiózł Bill LaForge. Od tamtego dnia bombardował przez tygodnie telefonami Basina, namawiając go do powierzenia mu roli szkoleniowca zespołu. Sherry w końcu uległ, a jednym z kluczowych argumentów były niewielkie oczekiwania finansowe debiutanta na trenerskiej ławce. LaForge zgodził się pracować za 6.000 dolarów rocznie, choć sporo ryzykował, porzucając jednocześnie pewną posadę w Enoch i zmuszając swoją małżonkę Penny do odejścia z dotychczasowej pracy oraz przenosin do Oshawy.

Przejął drużynę, co do której nie miano specjalnych oczekiwań. Bardzo młody zespół miał się dopiero tworzyć pod jego okiem. Szybko gracze Generals pokazali jednak, jakiej gry oczekuje od nich LaForge. Mecz otwierający sezon 1980/81 przeciwko Windsor Spitfires przegrali 0:6, ale jednocześnie aż pięciokrotnie pojedynkowali się z rywalami na pięści i dwukrotnie doprowadzili do wybuchu kilkuosobowej batalii bokserskiej na lodzie. Sezon zdołali zakończyć na miejscu premiowanym awansem do play-off, ale wszyscy obserwatorzy zwracali głównie uwagę na liczbę karnych minut, jakie zebrali w trakcie rozgrywek. Mieli ich łącznie niemal 3200, gdy tymczasem kolejna ekipa w lidze mogła się „pochwalić” liczbą nieprzekraczającą 2100 karnych minut.

A imię jego pięćdziesiąt

Play-offowa rywalizacja z 1981 roku pomiędzy Generals a Peterborough Petes przeszła do historii OHL. Po czterech meczach w serii był remis 2-2, a piąty, decydujący mecz nawet nie zdążył się rozpocząć, gdy gracze obu ekip rzucili się sobie do gardeł w trakcie rozgrzewki. Na lodzie nie było wówczas jeszcze nawet arbitrów, a obie strony próbowali rozdzielać pełniący wówczas swoją służbę lokalni policjanci. Atmosfera była tak napięta, że nie wytrzymali również obaj trenerzy – LaForge za atak na Dave’a Drydena został później przez władze ligi zawieszony na 50 spotkań! Wcześniej poprowadził jednak Generals do wygranej 6:2, odpadając dopiero w kolejnej rundzie przeciwko Greyhounds.

50-meczowe zawieszenie sprawiło, że LaForge nie miał czego szukać w kolejnym sezonie w OHL. W porozumieniu z Basinem rozwiązał swój kontrakt i przeniósł się na zachód, by pracować w Regina Pats. Kara obejmowała bowiem wyłącznie rozgrywki OHL. Błyskawicznie przestawił ekipę Pats na swój styl grania. Jego zespół już w trakcie spotkań przedsezonowych doprowadził do dwóch zadym, w sezonie zasadniczym dołożył ich osiemnaście, a w play-offach poprawił jeszcze sześcioma. Znów podopieczni LaForge’a byli liderami statystyk największej liczby karnych minut, ale przy tym udowadniali, że mają spore umiejętności czysto hokejowe. Aż pięciu z nich zanotowało wówczas sezon z co najmniej 50 golami na koncie, a duet Jock Callander – Dave Michayluk był w ścisłej czołówce najlepiej punktujących graczy całej WHL.

Pats miażdżyli swoich rywali fizycznie i strzelecko, a play-offy kończyli finałową rywalizacją o mistrzostwo ligi przeciwko Portland Winterhawks. Rywale okazali się jednak za silni dla zespołu z Reginy, choć LaForge imał się przeróżnych sposobów, by zmotywować swoich zawodników do podjęcia rywalizacji z faworyzowanym przeciwnikiem. Jedną z najbardziej dziwacznych idei było uśmiercenie kurczaka w szatni przed kolejnym spotkaniem przeciwko Winterhawks. LaForge miał wówczas powiedzieć swoim podopiecznym, że tak właśnie mają postąpić z rywalem, którego nazwał „Chickenhawks”, podkreślając w ten sposób ich tchórzostwo. Na niewiele się to jednak zdało, ekipa z Portland była wówczas po postu lepsza.

Skok przez płot, trzy ligi i sześć poziomów

Po kolejnym roku spędzonym już w Kamloops przed Billem LaForge’em otworzyła się niezwykła szansa. Miał 32 lata, opinię niezwykle ekscentrycznego trenera i zerowe doświadczenie w pracy z seniorami, gdy Harry Neale powierzył mu prowadzenie Vancouver Canucks. To była jedna z najkrótszych trenerskich historii w NHL – po 20 meczach młody szkoleniowiec został zdymisjonowany, kończąc swoją pracę z raptem 4 wygranymi i 2 remisami na koncie. Jego drużyna przegrywała mecze po 2:13 (przeciwko Flyers) czy 3:10 (przeciwko Kings) i była pośmiewiskiem dla niemal całej ligi. Pracę LaForge’a wspominano jedynie z uwagi na ogromną fizyczność, jaka towarzyszyła występom Canucks. Klęsce przeciwko Lotnikom towarzyszyły dwie zadymy na lodzie i aż siedem bójek. W niczym to jednak nie pomogło LaForge’owi, który niebawem stracił pracę.

Jak po latach wspomina jego syn, decyzja o przyjęciu propozycji Canucks była w opinii  samego LaForge’a błędem. Po latach mówił, że powinien na spokojnie rozpocząć od stanowiska asystenta trenera w NHL lub popracować w roli głównego szkoleniowca w AHL. Wszedł do ligi bez najmniejszego choćby doświadczenia i został „zjedzony” przez doświadczonych zawodników oraz wymagających działaczy i kibiców. Nie potrafił przekonać większości graczy do swojej filozofii hokeja, co przekładało się na brak chęci tychże do grania w sposób, jakiego oczekiwał młody trener. Mający opinię nieco rozpasanych hokeiści Canucks nie potrafili zaangażować się maksymalnie w główną myśl LaForge’a o swoistym braterstwie zespołu kosztem indywidualności.

Trzeba jednak przyznać, że swoje za uszami też miał. Oczekiwał od swoich graczy skrajnego poświęcenia, doprowadzając np. do sytuacji, w której wracający po groźnym urazie karku do gry świetny strzelec Darcy Rota był zmuszany do niezwykle fizycznej gry, co okupił kolejną kontuzją, która ostatecznie zakończyła jego karierę w wieku raptem 31 lat. Winnym tej sytuacji był właśnie LaForge, który szybko pokonany przez NHL, wrócił do hokeja juniorskiego.

W OHL znów pachnie rzeźnią

Szybko otrzymał ofertę z Hamilton i z ekipą Steelhawks pracował przez ponad 3 lata. Zaczął w roli człowieka czasowo zastępującego dotychczasowego szkoleniowca, ale nie dokończył wiosną 1984 roku sezonu na ławce trenerskiej. W meczu transmitowanym w ramach „OHL Game of the Week” przeciwko Greyhounds znów udowodnił, że jego drużyny walczą w ramach przepisów i poza nimi. W drugiej tercji do walki na pięści ruszyli niemal wszyscy gracze, a ławki rezerwowych opustoszały. Sędziowie nałożyli ponad 160 karnych minut, 10 zawodników odsyłając do szatni. Klub z Hamilton został ukarany grzywną w wysokości 2.000 dolarów, a LaForge został zawieszony do końca sezonu.

W kolejnym wrócił jednak do pracy ze Steelhawks, gdzie przyszło mu przebudować zespół, składający się w większości z 17-latków. Drużyna znów zajmowała czołowe miejsce w rozgrywkach OHL pod względem liczby PIM, ale nie była w stanie przejść dalej niż drugą rundę play-off. Swoich wielkich rywali z Windsoru pokonał w końcu wiosną 1989 roku już jako trener Niagara Falls Thunder. W finale lepsi okazali się jednak Petes, w osobistym rewanżu na LaForge’u za wydarzenia sprzed ośmiu lat.

Trener, ojciec, ojczym

W Thunder pod jego okiem zaczął pracować młodziutki Trevor Renkers, którego szkoleniowiec zdecydował się adoptować. Dla Grzmotu młodzian zagrał jednak tylko raz, niebawem wraz z ojczymem odchodząc do Tri-City Americans. Renkers zagrał tam kilkanaście spotkań, gdy LaForge pełnił jedną z dyrektorskich funkcji. Drużyna zaprotestowała jednak przeciw jego działaniom w grudniu 1989 roku, gdy ekscentryczny były szkoleniowiec postanowił wprowadzić swoje porządki w szatni. Miał być dyrektorem, ale zaczął się mieszać do spraw trenerskich – chciał mieć m.in. wpływ na treningi zespołu. Właściciel klubu Ron Dixon uległ presji drużyny i skierował LaForge’a do pracy w skautingu klubowym.

W trakcie sezonu 1991/92 Bill LaForge miał jedyną okazję w swoim życiu, by prowadzić zespół ze swoim synem i pasierbem w składzie. W Guelph Storm znaleźli się bowiem zarówno młody Bil Jr. jak i Trevor Renkers. Ta przygoda trwała jednak niezwykle krótko, podobnie epizodyczne były pobyty LaForge’a w Bismarck Bulls, Bonnyville Pontiacs czy Nashville Nighthawks. Każdy z tych epizodów naznaczony był jednak setkami karnych minut, nakładanych na graczy wszystkich wymienionych zespołów oraz znikoma liczba sukcesów sportowych temu towarzyszących.

Duch Bonnie

Bill LaForge zmarł w wieku niespełna 54 lat, przez dłuższy czas zmagając się z licznymi chorobami. Ostateczny cios zadał jednak atak serca. Miał jednak okazję nie tylko przekazać swojemu synowi Bilowi ogromną miłość do hokeja, ale i zobaczyć, jak ten radzi sobie w roli trenera. Teraz to Bil Jr. pozostaje najbardziej znanym LaForge’em, ale jak sam powtarza, w rodzinie nadal są tacy, którzy podobnie jak jego ojciec kochają ten sport. Za niego mocno kciuki ściska młodsza z córek Alexa, nosząca drugie imię Bonnie, po najmłodszej z sióstr ojca. Hokejowy duch w LaForge’ach jest wciąż bardzo żywy.