Najważniejszą rzeczą w grze Mario Kart są efekty dźwiękowe. To dlatego ta gra jest tak świetna, przynajmniej dla mnie. Wiecie, wychowałem się na farmie w Saskatchewan, gdzie mieliśmy 900 krów, więc żaden ze mnie koneser gier wideo. Ale moim skromnym zdaniem, jeśli już grać w Mario Kart, to tylko na konsoli N64. To kluczowa sprawa, bo wtedy ma się do tego kontrolery z krótkim kablem, więc wszyscy muszą siedzieć nachyleni zaraz przy ekranie.

No i są te old schoolowe efekty dźwiękowe. Człowiek się czuje zupełnie jakby to był prawdziwy sport.

Jeśli nie wiecie, o czym mówię, to wyobraźcie sobie pokój hotelowy pełen dorosłych facetów zebranych na kupie wokół telewizora. Za kilka godzin czeka nas najważniejszy mecz hokeja w życiu, a wszyscy krzyczymy z włoskim akcentem: „ŁELKOM TU MAAARIO KAAART!!!!!”.

Tak w ogóle, to to wszystko był pomysł Nate’a Schmidta. Kilka sezonów temu poszedł do sklepu ze starymi grami w Toronto i kupił używaną konsolę Nintendo 64. W trasie zawsze mamy dużo czasu wolnego, zwłaszcza podczas playoffów, więc to był strzał w dziesiątkę. No ale wiecie jak jest z takimi rzeczami. Najpierw to był taki żart – Nate siedział z kilkoma innymi chłopakami u siebie w pokoju po porannym treningu i sobie grali.

Ale potem zaczęły się docinki w szatni.

– Szkoda, że nie widziałeś jak przywaliłem Beagsowi muszelką na Rainbow Road! Zaraz przed linią mety! Idealne trafienie.

W życiu wcześniej nie miałem konsoli, więc nie miałem pojęcia, o czym oni w ogóle mówią. Ale wtedy, wiecie… wracałem akurat z kolacji czy coś, no i usłyszałem chłopaków krzyczących w jednym z pokoi:

– ŁIIIIIIIIIIIII! Bum!! I po tobie! Po tobie!

Zaciekawiło mnie to. Ani się obejrzałem, a podczas playoffów już z pół drużyny oglądało wspólnie rozwój gry na ekranie. Wiecie jak to jest z hokeistami – nie odpuścimy żadnej okazji do rywalizacji. Mieliśmy grupę bardzo zaangażowaną w wygrywanie, oraz zespół wspaniałych komentatorów.

– Złapał skórkę od banana! Luigi ma skórkę od banana! Oshie jest w tarapatach! MAMMA MIAAAA!

To była komedia.

Myślę, że zaangażowaliśmy się w to tak bardzo też dlatego, że playoffy to taki stresujący i obciążający okres. Długo przebywa się z dala od rodziny i chłopaki muszą po prostu trochę wyluzować, jak podczas zabawy z kumplami z dzieciństwa.

Właśnie takiej atmosfery chcieliśmy podczas zeszłorocznych playoffów. Nikt w nas do końca nie wierzył, więc pomyśleliśmy: Czemu nie?

W sumie t nie musieliśmy nawet specjalnie myśleć o tej atmosferze, ona po prostu sama z siebie była wspaniała.

Nigdy nie zapomnę, jak któregoś dnia przed finałami, ktoś… to był chyba Oshie, powiedział:

– Jeśli wygramy, zrobię to. Przysięgam, wytatuuję go sobie.

Ktoś odpowiedział: „A weź, nie zrobisz tego!”.

– Och, jeszcze zobaczysz – odpowiedział Oshie. – Jeśli wygramy Puchar Stanleya… Zrobię sobie tatuaż Wario.

___________________________

Gdy dorastałem, zawodnicy grający w NHL byli dla mnie nadludźmi. Patrzyłem na Patricka Roya jak na superbohatera. Nie myślałem w ogóle o tym, że to normalny człowiek, który też kiedyś idzie do domu, je kolacje, idzie spać. Gdzie tam, to był Patrick Roy, nie?

Obsesja na punkcie sportu to chyba niewystarczająco mocne określenie na to, jaki wtedy byłem.

Było tak w dużej mierze dlatego, że wychowałem się w kompletnej dziurze.

Mój tata prowadził rodzinną farmę, jak przed nim jego ojciec. A przed jego ojcem dziadek. Każdy w promieniu 10 mil był uznawany za naszego sąsiada.

Krowy i zboże.

Jakieś 900 krów i cała kupa zboża. Nieskończone ilości zboża.

W Sasketchewan jest tak płasko. Nawet sobie nie wyobrażacie jak płasko, jeśli nie pochodzicie z tamtych stron. Wokół mojej farmy nie ma nawet za bardzo drzew.

Tata zwykł się na mnie złościć, bo pod koniec dnia miałem pomagać mu zaganiać krowy, takie miałem zadanie na farmie. Stawaliśmy po dwóch różnych stronach pola i pilnowaliśmy, żeby żadna nie została. Ale tata robił kije do zaganiania krów ze starych kijów do hokeja z odciętymi końcami, więc były jak idealny kij do bejsbola. Stałem więc sobie po swojej stronie pola i rzucałem kamyki w powietrze, udając, że jestem pałkarzem dla Blue Jays, a tymczasem krowy rozchodziły się na wszystkie strony.

Tata darł się z przeciwległej strony pola: „Braden! Braaaaaadeeeeennnn!”.

A ja miałem głowę w chmurach.

Stawałem czasem wieczorem przed telewizorem, oglądając Jays, i razem z pałkarzami wykonywałem każdy zamach.

Od zawsze musiałem być kreatywny w wymyślaniu sobie zabaw, bo nie miałem w ogóle towarzystwa. W mojej klasie było tylko 15 dzieciaków – 12 dziewczyn i 3 chłopców. Schodziłem więc do piwnicy i „strzelałem sam do siebie”. W prawej ręce miałem kij do hokeja, na lewej ręce rękawicę bramkarza, i odbijałem piłkę mocno od ściany, próbując obronić rykoszet. Wyobrażałem sobie, że jestem Patrickiem Royem. Te klimaty.

Obroniłem takich odbić będąc Royem pewnie z 10 milionów.

Z jakiegoś powodu zawsze wierzyłem, że będę bramkarzem w NHL. Tak naprawdę mocno. Nie dało się mnie przekonać. Ale to serio nie miało sensu, tata nawet nie chciał, żebym grał na tej pozycji. Sam był bramkarzem jako młody chłopak, więc wiedział, jak niewdzięczna potrafi być to rola. Zawsze próbował mnie przekonać, żebym spróbował swoich sił jako napastnik. Ale moja dziecięca drużyna składała się praktycznie z każdego dzieciaka w obrębie 40 mil, który potrafił w miarę utrzymać się na łyżwach. Byliśmy tak beznadziejni, że przynajmniej gdy byłem na bramce, wiedziałem, że to koło mnie będzie się działa cała akcja.

O jezu, ale nas rozjeżdżali.

Potrafiliśmy przegrywać 12-1.

18-2.

22-4.

Patrick Roy był moim bohaterem, nie? No a co robił Roy, gdy strzelano mu bramkę? Szalał. Więc ja robiłem to samo. Wrzeszczałem na moich biednych kolegów z drużyny, rąbałem kijem w bramkę, lałem po wszystkich wodą z bidonu.

Robiłem tak, bo myślałem, że to fajne.

Ale jako że strzelano mi jakieś 12 bramek na mecz, wyglądało to po prostu komicznie.

Mój tata nie był jednym z tych Zaangażowanych Hokejowych Ojców. Zachowywał stoicki spokój, był bardzo wyluzowany. Ale pewnego dnia wróciliśmy do domu i powiedział mi: „Braden, powtórzę to tylko ten jeden raz. Jak złamiesz kij, to

__________________________________

Aby czytać dalej

Wybierz jedną z opcji abonamentu i ciesz się nieograniczonym dostępem do serwisu. NHL w PL to miejsce naszej pracy. Traktuj nas jak gazetę lub magazyn. Dziennik lub miesięcznik, przy tworzeniu którego działa wiele osób za określone wynagrodzenie. 10 złotych za miesięcznik złożony z 100 stron (średnia ilość artykułów w portalu) to uczciwa cena.

Możesz nam zaufać! Współpracujemy z uznanymi na polskim rynku markami jak TVP, czy wydawnictwo SQN, a o naszej rzetelności i bezpieczeństwie całego procesu świadczą już setki sprzedanych przez nas abonamentów. Płatność jest prosta i intuicyjna ale w razie wątpliwości w FAQ zobaczysz jak wygląda proces zakupu. Zapraszamy do działu z darmowymi artykułami gdzie będziesz mógł przekonać się, że naprawdę warto w nas zainwestować.

Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 30 dni15 zł
Anuluj
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 90 dni39 zł
Anuluj
Dodaj do koszyka

Formularz zamówienia

NazwaPrzelew
Abonament 180 dni72 zł
Anuluj