Zawodnik ciężkiej wagi w Hollywood. Wizjoner, jeśli chodzi o NHL. Skazaniec. Historia Bruce’a McNalla – człowieka, który sprowadził Wayne’a Gretzky’ego na zachodnie wybrzeże – jest krótko mówiąc skomplikowana.

Kto mógł to przewidzieć? Czy dwadzieścia, trzydzieści lat temu ktoś pomyślał o tym, że w Las Vegas, tuż obok The Strip rozgrywane będą finały National Hockey League? Jeszcze do niedawna jedyne, co wiązało Miasto Grzechu z lodem i łyżwami było show Nudes on Ice. Teraz jest to jedna z głównych atrakcji, która na nowo zdefiniowała ten niezbyt tradycyjny dla hokeja rynek dzięki temu, że w swoim inauguracyjnym sezonie drużyna z Vegas otarła się o mistrzostwo ligi.

I nie chodzi tylko o Golden Knights. W niemal całej słonecznej części Ameryki, która wydawała się dla National Hockey League miejscem zguby i pożogi, hokejowe kluby nie mają się najgorzej. Oczywiście, są takie ekipy, jak Florida Panthers czy Arizona Coyotes, które nie przyciągają zbyt wielu kibiców i są raczej czerwonymi latarniami ligi, ale pozostałe zespoły mają się dobrze.

Nie zapominajmy, że prawie trzydzieści lat temu – po pamiętnym transferze Gretzky’ego – to właśnie w upalnym Scottsdale ojciec pewnego młodzieńca zainteresował się hokejem i przekazał później tą fascynację swojemu synowi. Ten nieco później został wybrany z jedynką w drafcie. Auston Matthews nigdy w młodości nie poślizgał się na podwórkowym lodowisku. Wyrósłby pewnie na golfistę, baseballistę albo tenisistę, gdyby nie odważny ruch i wizja jednej z najważniejszych postaci w historii hokeja.

Nikt tego nie przewidział. Nawet Gary Bettman, który nie myśli przecież szablonowo. Nikt.

Poza tym jednym gościem. Poza tym jednym błyskotliwym i zuchwałym właścicielem, który sprowadził Gretzky’ego do Los Angeles. Tym, który wyznaczył kierunek tej popularnej północnoamerykańskiej lidze, gdy pomógł w zatrudnieniu aktualnego komisarza. Tym, o którym śmiało można powiedzieć, że był architektem współczesnej National Hockey League. Może się wydawać, że z takimi osiągnięciami jego plakietka od dawna powinna wisieć w hokejowej Galerii Sław obok innych „budowniczych” tej ligi.

Tyle, że ta osoba była także oszustem. I tutaj ta historia się komplikuje.

***

Bruce McNall wygląda niemal tak samo, jak wyglądał trzy dekady temu. Nieco odchudzony, ale wciąż rozpoznawalny. Trochę wyłysiał, garnitury zastąpił polówkami i sportowymi kurtkami, ale wciąż ma na twarzy ten uśmiech, jest chichotliwy i posiada ten dobrze znany dziecinny urok, od którego wszystko się zaczęło.

Bruce zawsze potrafił każdego oczarować i to się nie zmieniło. Jest ekspertem, jeśli chodzi o starożytne monety, wyprodukował sporo filmów, był właścicielem koni wyścigowych i najbardziej rzadkiej karty baseballowej na świecie. A do tego wszystkiego oczywiście ma na koncie sportowe franczyzy. W pierwszej linijce w jego CV powinno być napisane „potrafi sprawić, że ludzie wierzą, że zabierze ich na bardzo przyjemną i dochodową przejażdżkę, a jeśli się z nim nie zabiorą to będą tego żałować”.

W dzień meczu pojawia się w samym sercu kalifornijskiego kompleksu rozrywkowego – Staples Center. Co poniektórzy fani jeszcze go rozpoznają. Podają mu dłonie i dziękują za jego wkład w budowę ulubionego zespołu. Nie jest już, jak dawniej, gdy gwiazdy filmowe biły się o miejsca położone najbliżej jego stolika, ale wciąż cieszy go ta rozpoznawalność. Nie przychodzi to tylko od kibiców. Sporo dawnych zawodników Kings pojawia się na tym meczu. Piją drinki w prywatnej loży i opowiadają anegdoty z dawnych czasów – tych, w których niczym zaskakującym nie było zobaczenie za pleksą Sylvestra Stallone’a, czy Ronalda Reagana. Tych czasów, w których traktowano zawodników, jak… no tak właściwie to królów.

McNall kochał hokej, a hokeiści uwielbiali być jego pracownikami, dlatego gdy pojawia się w loży witają go z uśmiechem. Zaczyna się opowiadanie historii.

Pamiętacie, jak ustawił kolację Luca Robitaille’a, Jimmy’ego Carsona i Steve’a Duchesne w znanym lokalu, do którego najczęściej uczęszczały gwiazdy, tylko po to, żeby hokeiści stali się rozpoznawalni? Kilku celebrytów się pojawiło, ale gdy hokeiści wyszli z limuzyny paparazzi opuścili aparaty, bo nie rozpoznali tych chłopaków.

A może pamiętacie, jak Bruce odholował Berniego Nichollsa do domu helikopterem? Obaj grali w turnieju golfowym nieopodal San Diego i Nicholls musiał, jak najszybciej dostać się z powrotem do Los Angeles na urodziny swojego syna.

– Przelecieliśmy nad wybrzeżem, prosto przez centrum, zupełnie, jak w filmach – przypomina sobie Nicholls. – Bruce kazał pilotowi wylądować przed moim garażem. Wykopał mnie z helikoptera bardzo szybko, w końcu nie można w takich miejscach lądować. A później odleciał.

Wiecie, że pierwszy mecz hokeja w Las Vegas został rozegrany na długo przed pojawieniem się zarodka myśli stworzenia tam nowej organizacji? Tuż po transferze Gretzky’ego włodarze Kings zastanawiali się, co zrobić, żeby jeszcze przed rozpoczęciem kampanii zarobić trochę więcej pieniędzy. Jeśli spojrzymy z perspektywy czasu na przedsezonową drogę ekipy z Miasta Aniołów możemy zauważyć pewną zależność. Zostało wtedy zasiane pewnego rodzaju hokejowe ziarno – później właśnie w tych miastach pojawiały się kolejne drużyny.

Po meczu w Phoenix hokeiści Kings pojechali do Ceasars Palace, gdzie na parkingu ustawiono prowizoryczne lodowisko. Za dnia było około 37 stopni Celsjusza, przed pierwszym wznowieniem temperatura spadła tylko nieznacznie, do 32 stopni. Przypomnijmy tylko, że nie było jeszcze tej technologii, dzięki której teraz hokeiści bez większych problemów mogą rozgrywać mecze na powietrzu. Co więcej, tysiące owadów lgnęło do świateł.

– W lodzie można było zobaczyć zamarznięte koniki polne – opowiada Bob Miller, dawny reporter Kings. – Te, którym się udało przetrwać skakały po tafli.

Gretzky był jednak tak wielką atrakcją, że sprzedano wszystkie 13,000 biletów. Tak, to były piękne czasy.

***

Nawet jeszcze przed czasami McNalla, pod koniec lat osiemdziesiątych północnoamerykańska liga przeżywała naprawdę wyśmienity okres, który został zapoczątkowany przez dwie ekspansje – w 1967 i 1970 roku. Rywalizowano na najwyższym poziomie, co przynosiło rozgłos i zmiany. Podniesiono płace, dzięki czemu zawodnicy z innych części świata zaczęli się interesować zatrudnieniem w tej lidze. NHL wchłonęło WHA i tym samym Gretzky’ego wraz z jego Edmonton Oilers. Dobre stosunki pomiędzy komisarzem Johnem Zieglerem, a prezesem stowarzyszenia zawodników Alanem Eaglesonem zaowocowały stabilizacją. Wszyscy wzięli głęboki oddech i zabrali się za zarabianie pieniędzy.

Były jednak wyjątki. Nie minęło wiele, a w Edmonton problemy pozahokejowe Petera Pocklingtona zmusiły go do sprzedania swojego najważniejszego nabytku, przez co momentalnie został miastowym pariasem. W Los Angeles ostatnia zachodnia organizacja z ekspansji w 1967 roku miała problem z przebiciem się i przyciągnięciem fanów zainteresowanych znacznie bardziej Lakersami, Dodgersami, Angelsami, Ramsami, a nawet drużynami uniwersyteckimi.

Właścicielem Kings był w latach osiemdziesiątych Jerry Buss, który odkupił tą organizację wraz z Lakersami i areną Forum od Jacka Kenta Cooke’a w 1979 roku. Cooke, radiowy potentat z Toronto, przez długi czas wyrażał swoją frustrację i twierdził, że hokej w Kalifornii nigdy się nie sprzeda. Buss był zupełnie inny – nie miał pojęcia o hokeju. Interesowały go w życiu tylko trzy rzeczy: koszykówka, kobiety i hazard, niekoniecznie w tej kolejności. Kupno Kings było tylko niezbyt smacznym i trochę spleśniałym dodatkiem do pysznego dania, jakim bez wątpienia dla Bussa byli podczas tej transakcji Lakers.

Na początku lat osiemdziesiątych Buss zaczął dostrzegać wesołego chłopaka o dziecięcej twarzy, który zawsze kręcił się przy Forum, jak się okazało – jednego z najbardziej oddanych fanów tej drużyny. Właściciel Kings i Lakers był kolekcjonerem monet i słyszał o dzieciaku z Arcadii, który poszedł na studia w wieku szesnastu lat, wyuczył się w Oxfordzie, a następnie zamienił swoje hobby w pracę i zgromadził fortunę przekonując dzianych gości, żeby inwestowali w antyki. Wartość starożytnych monet była efemeryczna, tak naprawdę kosztowały tyle, ile ktoś był w stanie za nie zapłacić. Dlatego też McNall podkręcał ich cenę historiami. Wkładał w rękę inwestora starą rzymską monetę i nakazywał mu wyobrażać sobie, że dawniej trzymała ją Kleopatra. W ten sposób domykał każdą transakcję. Wartość była bowiem w idei monety, nie samej monecie – tą zasadę McNall wykorzystał w nieco innym kontekście niedługo później. Ale o tym za chwilę.

Nie wszystkie historie, które McNall opowiadał o monetach lub o sobie były prawdziwe.

– Bruce lubi przesadzać – mówi jego przyjaciel, filmowiec Nick Cassavetes. – Uwielbia opowiadać dobre historie. Jak wielu gawędziarzy, jeśli ma wybierać pomiędzy dokładnością i prawdą, a możliwością zainteresowania słuchaczy, pójdzie w tą drugą opcję.

Według McNalla pierwszą część Kings pozyskał dzięki długom hazardowym Bussa. Dwa lata później, w 1988 roku, był właścicielem tej organizacji.

– Traciłem na nich sporo pieniędzy – powiedział w jednym z wywiadów były właściciel Królów. – Bruce był tam, chciał ich wykupić. Wszystko zdawało się układać w logiczną całość.

Spójrzmy na mapę National Hockey League w 1986 roku. 21 jeden drużyn, ale tylko jedna niekanadyjska na zachód od St. Louis. Tylko Kings byli po upalnej stronie Stanów Zjednoczonych.

Spójrzmy na tą mapę teraz.

Oczywiście, cała ta hucpa i wizja McNalla na nic by się zdały, gdyby nie wykonał najgłośniejszego obok przejścia Babe Rutha do Yankees transferu w historii amerykańskiego sportu.

– Gdyby Gretzky rozegrał resztę kariery w Edmonton, nic takiego by się nie wydarzyło – mówi Howard Baldwin, bliski przyjaciel i partner biznesowy McNalla. – W pewnym momencie Bruce zrozumiał, co znaczyłoby ściągnięcie Wayne’a na zachodnie wybrzeże. Częścią jego wizji było zamknięcie tej wymiany w ten sposób, wiedział bowiem albo chociaż wierzył, że Wayne’a można tutaj wykorzystać inaczej niż na tradycjonalnym hokejowym rynku.

Wydarzenia z sierpnia 1988 roku są bardzo dobrze udokumentowane. Po krótce – Pocklington potrzebował pieniędzy i zapowiedział, że w związku z tym jest skłonny do sprzedaży Gretzky’ego. Sam zawodnik wyraził chęć emigracji do Los Angeles.

McNall kupił resztę udziałów kalifornijskiej organizacji zaledwie pięć miesięcy wcześniej. Miał górę forsy, w końcu przekonywał bankierów o wartości swoich koni wyścigowych, antyków i franczyzny sportowej wykorzystując ten sam sposób, co z monetami. Rozumiał, że jedynym sposobem na zostanie zauważonym w tym mieście pełnym celebrytów jest kupno najlepszego hokeisty na świecie. Nie miało znaczenia to, że nikt tutaj nie znał się na hokeju. Nie miało też znaczenia to, że ci sami ludzie nie zauważyli nawet, że niedawno Gretzky i jego koledzy z Edmonton na nowo zdefiniowali ten sport i wypełnili swoimi nazwiskami wszystkie księgi rekordów. To była idea Gretzky’ego, idea najlepszego zawodnika w historii. To miało finalnie ustawić hokej na mapie Hollywood.

Udokumentowane jest też to, co nastąpiło później. Naród w szoku i żałobie. Ckliwe pożegnanie podczas ostatniej konferencji prasowej. Iście gwiazdorskie przywitanie w Kalifornii.

Wszystko się zmieniło.

***

To, co wciąż sprawia, że znaczna większość ludzi z tego biznesu nabawia się poważnej zgagi to fakt, że dzięki transferowi Gretzky’emu i sukcesom Kings McNall dostał się do ligowej elity. Nie podejmował wszystkich decyzji, ale było naprawdę blisko takiego scenariusza.

– Bruce był bodajże pierwszym z właścicieli, który dzięki swojej charyzmie był w stanie stymulować rozwój i ekscytację – twierdzi Baldwin. – Wszyscy czuli, że zmiany, których dokonał w Kalifornii wpłyną także na fundusze pozostałych organizacji. Właściciele klubów byli… uwiedzeni nie jest może w tym przypadku dobrym słowem, bowiem wszyscy wiedzieli, co Bruce jest w stanie zrobić. Miał jednak niesamowite umiejętności – potrafił sprzedać wszystko i do tego sprawić, aby klienci byli podekscytowani tym, co kupili. Gość taki, jak Bill Wirtz (przyp. tłum. właściciel Chicago Blackhawks), który w tamtym czasie służył jako przewodniczący ligowego zarządu właścicieli był niesamowity. Właściwie cała ta rodzina jest kultowa. NHL musiała jednak ruszyć naprzód w stronę czegoś świeżego i nowego, co miało sprawić, że liga eksploduje na całą Amerykę Północną. W końcu przedsmak tego, co potrafi Bruce można było zaobserwować w Los Angeles.

McNall bardzo dobrze pamięta obrady zarządu właścicieli w 1992 roku, kiedy to Writz ustąpił ze stanowiska, a on wskoczył na jego miejsce.

– Miałem 41 lat, byłem chyba najmłodszy z całej tej grupy – wspomina McNall. – Wszyscy myśleli, że dzięki temu, co stało się po wymianie z udziałem Wayne’a miałem pewnego rodzaju magicznego asa w rękawie. Może szukali czegoś nowego, czegoś, co sprawi, że hokej na lodzie wejdzie na zupełnie na inny poziom. Kilku z nich poprosiło mnie o to, żebym kandydował, ale ostatecznie to Writz stwierdził, że nadszedł czas na zmiany. Zagłosowali i zostałem wybrany. To było dla mnie wielkie wyróżnienie, ale już wtedy wydawało mi się, że jestem za młody i za mały doświadczony, żeby być na tej pozycji.

– Mimo tego wszyscy się naprawdę zaangażowali – kontynuuje. – Możliwe, że część z nich popierała moją wizję tylko dlatego, że byli ciekawi honorarium po dołączeniu kolejnego zespołu do ligi. Może część myślała, że dzięki moim poczynaniom media bardziej zainteresują się ligą. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jakie byłyich prawdziwe motywy, ale wydaje mi się, że w głębi przede wszystkim byli wielkimi fanami hokeja na lodzie i chcieli swoją miłość do niego przekazać, jak największej grupie ludzie. Wierzyli zapewne, że dzięki temu liga zyska większą popularność. Choć może nie na poziom, który prezentowała w tamtym czasie National Basketball Association, czy futbol amerykański. Ja jednak uważałem inaczej.

Jednym z pierwszych zadań świeżo wybranego przewodniczącego było zatrudnienie komisarza ligi. McNall już od początku miał pod górkę – musiał zmagać się z bałaganem, jaki powstał po wyrzuceniu Zeiglera i odejściu następcy na tym stanowisku, Gila Steina. Zeigler pożegnał się z ligą po dziesięciodniowym strajku zawodników, zaś Stein został kontrowersyjnie nominowany do hokejowej Galerii Sław, ponoć dzięki pieniądzom, które przeszły pod stołem.

Po uporządkowaniu tego przyszedł czas na zatrudnienie komisarza, który nie tylko byłby w stanie rozszerzyć ligę o drużyny w kolejnych słonecznych stanach, ale także podpisać lukratywną umowę z telewizją i zmusić zawodników to zaakceptowania czapki płac. Wszystko to mieściło się w planie i wizji McNalla.

Rozbudowana i medialna NBA, której dowodził David Stern była naturalnym miejscem poszukiwań kandydatów na to stanowisko. Za cel McNall obrał sobie wiceprezesów tamtejszego komisarza. Kandydatem numer jeden był Russ Granik, ale ostatecznie Stern nie pozwolił mu odejść. Zamiast niego zatrudniono innego, znacznie młodszego działacza, który nigdy wcześniej nie miał nic do czynienia z hokejem, a co McNall uznawał za jego zaletę. Pozycję komisarza NHL zajął dobrze nam znany Gary Bettman.

Pierwszym wspólnym sukcesem prezesa i nowego komisarza było odnalezienie dwóch biznesmenów, którzy wykupili dwie hokejowe franczyzy, 50 milionów dolarów za jedną. Nie chodziło jednak tylko o pieniądze, a o to, kto miał przewodzić nowym klubom. Michael Eisner z Disneya i Wayne Huiznega, który zbił fortunę na sieci wypożyczalni wideo Blockbuster i przewodził Miami Dolphins, mieli zostać właścicielami dwóch nowych klubów – Anaheim Mighty Ducks oraz Florida Panthers.

Eisner i Huizenga nie byli tylko bogatymi hobbistami. Obaj mieli wpływy poza hokejowym półświatkiem. Jeśli oni zapragnęli inwestować w hokej na lodzie oznaczało to, że jest w nim coś wartościowego. Otwierało to furtkę dla kolejnych biznesmenów.

Jako, że Mighty Ducks mieli grać w Anaheim, czyli na terytorium należącym dotychczas do Kings, McNall schował do własnej kieszeni połowę pieniędzy, które Eisner wpłacił do ligowego budżetu. Co ciekawe, pieniądze te momentalnie powędrowały do banku, który deptał właścicielowi Kings po piętach. To druga strona skonstruowanej przez McNalla pięknej iluzji. Z zewnątrz wydawało się, że pochodzący z Kalifornii działacz ma dotyk Midas, czegokolwiek się nie dotknie zamienia się w złoto. Zupełnie inaczej wyglądało to od tak zwanej kuchni. Nawet, gdy Kings w 1993 roku grali w finałach Pucharu Stanleya, a McNall przylatywał na mecze z różnymi celebrytami swoim prywatnym samolotom, Amerykanin wiedział, co go czeka.

Może upolowanie dużego gracza, jako inwestora by go ocaliło. Może Sony powinno było wykupić prawa do areny. Może nie. Nieważne, co by się wydarzyło McNall wiedział, że magicznie nie zniknie cały ten dług zbudowany na kłamstwach, pożyczkach, które opłacały kolejne pożyczki oraz łgarstwach bankierów, którzy ochraniali własne tyłki, gdyż wiedzieli, że z głową McNalla spadną też ich głowy.

To było nietrwałe, a do tego nielegalne. Musiał w końcu iść do więzienia i wiedział o tym, a mimo to wciąż robił dobrą minę do złej gry.

– Miałem wszystko, o czym można sobie zamarzyć – mówi McNall. – Zajmowałem się antycznymi monetami, co było dla mnie najciekawszą rzeczą. Później trafiłem do Hollywood i na wyścigi koni. Z nieudacznika z Arcadii nie zostało nic, stałem się celebrytą. A który gość nie chciałby być właścicielem jakiegoś klubu sportowego? Nie jest nas wielu, dlatego trudno się do tego klubu dostać. Moja historia jest o spełnieniu swoich marzeń i pokazaniu innym, że jest to możliwe. Jest także przestrogą, gdyż kiedy już dojdziesz na szczyt musisz być bardzo ostrożny.

***

Sprawa się rypła.

W Vanity Fair pojawił się artykuł, w którym McNall przyznał się do szmuglowania starożytnych artefaktów do Stanów Zjednocznych. Czerwone światełko się zapaliło i ludzie zaczęli dokopywać się do kolejnych historii zamiecionych pod dywan. Wśród nich byli także federalni. Biografia, wyjątkowy talent, Oxford? Sporo z tego było zmyślone albo przynajmniej ubarwione. Fortuna? Raczej hollywodzki niewypał.

– Miał niesamowitą charyzmę – przyznaje Jim Bates, reporter Los Angeles Times. – Ludzie go naprawdę lubili. Opowiedział wszystkim wyśmienitą historię. Problemem było to, że nie we wszystkich częściach była prawdziwa. To zdarza się zadziwiająco często – ludzie chcą wierzyć, że taki człowiek jest bardzo bogaty, widzą bowiem te limuzyny, prywatne samoloty, wille. Chcą wierzyć, że o wszystko prawda, a najczęściej to kłamstwo.

McNall jeży się po przyrównaniu jego dziedzictwa do „domku z kart”, ponieważ nawet, gdy wszystko to upadło, pozostało coś namacalnego i dobrego włączając w to Gretzky’ego i Kings. Niestety całe to imperium było fałszywe, zbudowane na pożyczkach i nieprawdziwej wartości. Księgowi zacierali jakiekolwiek ślady. Bankierzy także są tutaj winni, bo wierzyli w jego historyjki.

– Prezes jednego z banków był z pewnością wtajemniczony – uważa Bates. – Zawsze można było go zobaczyć u boku Bruce’a na meczach. On był świetny w manipulowaniu tego typu ludźmi. Wprowadzał ich w swój świat i sprawiał, że byli oszołomieni tym, co się wokół nich dzieje i kogo poznają.

Nawet po tym, co się wydarzyło wielu dawnych przyjaciół pozostało lojalnymi wobec właściciela Kings, nie było też nadmiernej radości z jego nieszczęścia. A to dlatego, że instytucje finansowe były jego pierwszymi ofiarami, a im ludzie z założenia nie współczują. Co więcej, niektórzy widzieli McNalla jako główną ofiarę.

– Kto w tej sytuacji został przegranym? – pyta Cassavetes. – Ci bankierzy nie spędzili pięciu lat za kratkami. Bruce wywodzi się z dobrej rodziny, nie jest kryminalistą, a musiał odsiedzieć swoje. Nie powiedział złego słowa o tym. Został skazany za grzechy wielu innych ludzi. Dzięki niemu wielu ludzi sporo zarobiło, ale siedział cicho i na nikogo nie nakablował.

W grudniu 1994 roku McNall przyznał się do winy, oskarżono go o oszustwa podatkowe, defraudację i konspirację. W sumie oszukał na ponad 236 milionów dolarów. Bez przyznania się do winy i pójścia na ugodę mógłby zostać skazany nawet na 45 lat więzienia. Podczas ogłoszenia wyroku przeprosił wszystkich zamieszanych, a później dowiedział się, że za kratkami spędzi 70 miesięcy. Miał także zwrócić 5 milionów dolarów bankom, które oszukał.

Najpierw zamknięto go w więzieniu o minimalnym rygorze w Lampoc w Kalifornii. McNall menadżerował więziennemu zespołowi softballa, a gdy mieli przyjechać w odwiedziny gwiazdorzy zbierał od pozostałych więźni zamówienia na fast foody, które później przekazywane były przez strażników. Ci cieszyli się z przybycia celebrytów, bo nierzadko dołączali do swojej kolekcji kolejne autografy.

Wyższemu szczeblowi nie podobało się jednak to, co robi McNall, dlatego ten trafił do izolatki. W końcu jednak przeniesiono go do Indiany, gdzie celę współdzielił z Timothym McVeighem, głównym sprawcą zamachu na biura władz federalnych w Oklahoma City, a następnie do Michigan. Rob Blake i Luc Robitaille odwiedzili go na tej ostatniej prostej, wrócili wstrząśnięci.

– Był zamknięty – wspomina Robitaille. – Wyglądało to dokładnie tak, jak w tych wszystkich filmach o najgorszych więzieniach w Stanach. Był nerwowy, co sprawiło, że i nam się to udzieliło. Widziałem tam inną stronę Bruce’a, nie był już tym szczęśliwym i beztroskim sprzedawcą. Gdy widzisz człowieka w jego najgorszym momencie życia, prawdziwego jego, zaczynasz cenić go jeszcze bardziej. Ma dobre serce i wiem, że zrobił wiele złego, ale jest w jakiejś części tym człowiekiem, którego trudno nie lubić.

McNall znalazł sposób i przetrwał to.

– W tym momencie Bruce może być tym, kim zapragnie – twierdzi Cassavetes. – To bodajże jego najbardziej charakterystyczna cecha. Jest w stanie nie tylko nagiąć prawdę, ale także przyjąć pewną osobowość, która pozwoli mu nie tylko przetrwać, ale też prosperować. Myślę, że dokładnie to stało się w więzieniu. Tym razem musiał zamknąć się na chwilę, spuścić głowę i mieć nadzieję, że nikt nie będzie czegoś od ciebie chciał.

Jego wyrok został skrócony do trzynastu miesięcy, dzięki czemu wyszedł za dobre sprawowanie już w 2001 roku. McNall stał się rozwodnikiem (jego była żona zorganizowała legendarną wyprzedaż podwórkową z jego rzeczami), spokorniałym człowiekiem, który jest dłużny bankom kilka milionów dolarów oraz został wypisany z historii NHL. Oczywiście, wszyscy zawsze będą rozmawiać o tym legendarnym transferze, ale wciąż głośno nie mówi się o tym do czego się przyczynił i co McNall zrobił dla tej ligi.

Przed bramami więzienia czekało na niego wielu przyjaciół, a w tym Eisner i Gretzky, który nie pozwolił oficjalnie podwiesić swojego numeru pod sufitem zanim McNall nie wyjdzie na wolność.

***

Ponoć stworzony ma zostać serial o Bruce’u McNallu. To przecież naturalne, ponieważ Bruce jest tylko postacią fikcyjną. Baldwin ma być producentem, a Cassavetes, w którego dorobku jest Pamiętnik i John Q. ma pisać scenariusz.

– Jest kilku znanych aktorów, którzy chcą odtworzyć tą rolę – stwierdza Cassavetes. – Jeśli pomyślisz o życiu Bruce’a zobaczysz, że jest w nim sporo barwnych wydarzeń. Wszystko to działo się w latach osiemdziesiątych, a my zapominamy, jakie to były piękne czasy. Będzie to celebracja tamtej dekady. Do tego wszystkiego historia Bruce’a jest naprawdę oszałamiająca – o jego śmiałości i szczęściu, a także o tym, że opiekował się ludźmi wokół siebie i jak bardzo go kochali. Zawsze uważałem, że Bruce mógłby czuć się komfortowo zarówno na spotkaniu z królową, jak i gangsterem. Co więcej, nieważne, gdzie go weźmiesz – on zawsze jest najpopularniejszą osobą w tym pokoju. Uwielbiam go, jest jednym z moich najbliższych przyjaciół. Uważany jest za bajkopisarza, ale nigdy w swoim życiu mi nie skłamał. Czy postąpił źle? Może. Ale wiecie co jest największym honorem wśród złodziei? W jego przypadku omerta znaczyła wszystko.

McNall jest aktualnie pod skrzydłami bardzo bogatego patrona. Oczywiście nie jest już, jak dawniej, ale czeka go kolejna chwila sławy, jeśli rzeczywiście serial ujrzy światło dzienne.

Jednak według Cassavetesa nie na tym zależy mu najbardziej. Chciałby zostać doceniony za to, co zrobił dla hokeja, najlepiej nominacją do Galerii Sław. Robitaille, który jest w komitecie odpowiedzialnym za wybory podchodzi do tematu w sposób ostrożny.

– To, czy Bruce’a będzie w Galerii Sław nie zależy ode mnie – twierdzi emerytowany hokeista. –  Oczywiście, odwalił kawał dobrej roboty dla tej ligi, ale musisz wziąć pod uwagę całość – zarówno te dobre, jak i złe rzeczy. Myślę, że nikt nie jest na to aktualnie gotowy, ale kto wie, co wydarzy się w przyszłości. Wydaje mi się, że będziemy jeszcze o tym debatować.

– Nie ma nikogo innego, kto w tak krótkim czasie zrobił dla tego sportu tak wiele – dodaje po chwili. – To naprawdę niesamowite, czego dokonał i jaki miało to wpływ. Wyrwał Wayne’a Gretzky’ego w najlepszym momencie, a nikt nawet nie spodziewał się, że to możliwe. Sprawił, że hokej stał się fajny. Dosłownie zmienił tą grę.

McNall zapytany o to samo odpowiada ostrożnie. Wie dokładnie, jak wyglądają wybory – w tajemnicy, za zamkniętymi drzwiami, gdzie faworyzowani są nagradzani i wyrównuje się dawne rachunki. Wciąż ma i przyjaciół i wrogow w tym biznesie. Wie bardzo dobrze, że podniesienie rabanu da tylko tyle, że wszyscy będą czuli się bardzo niekomfortowo.

– To, co zrobiłem źle nie miało związku z hokejem, więc może jesteście w stanie odseparować te dwie sprawy – mówi. – Jestem pewny, że gdyby nie to zamieszanie już dawno byłbym w Galerii Sław. Jeśli jednak zrobisz błąd i to taki publiczny błąd, możesz być pewny, że nie wszyscy będą chcieli o tobie pamiętać. Pogodziłem się z tym. Cieszę się jednak, że są jeszcze ludzie, którzy są po mojej stronie i chcą o tym rozmawiać.

– A z pewnością będzie to bardzo interesująca debata – dodaje McNall – fan hokeja, wizjoner i skazaniec.