Każdy zawodnik marzy, by mieć miliony wyświetleń pod swoim błyskotliwym zagraniem czy obroną. Nasz bohater dorobił się milionów wyświetleń po wydarzeniu, które miało miejsce niemal 20 lat przed powstaniem YouTube. Wtedy omal nie stracił życia. Mało kto jednak wie, że Clint Malarchuk napluł śmierci w twarz jeszcze co najmniej raz w swoim życiu. Jak potworne traumy i wstrząsające wypadki przeżył były bramkarz Buffalo Sabres?

Niewiele pisze się o zawodnikach, którzy w NHL zagościli na niecałe 400 spotkań. Niedawno 800 rozegranych meczy w lidze świętował Henrik Lunqvist – co wśród bramkarzy zdarza się niezwykle rzadko. Rotacja bramkarzy jest potworna, a jedynie znikomy procent ma szansę na długoletnią karierę w NHL. Potrzeba więc nerwów ze stali i zapewnienia swojej drużynie, że jest się gotowym, twardym i pewnym swojej pozycji. Niektórzy zawodnicy tak długo powtarzali to sobie i innym, aż sami uwierzyli, że tak jest. Nasz bohater przekonał swój organizm, że jest nieśmiertelny – i gdyby nie fakt, że obok podatków śmierć to pewnik, to można by przypuszczać, że Malarchuk oszukał kostuchę i zamknął jędzę w piwnicy jak miało to miejsce w mitologii.

Nie mam życia. Nic nie znaczę. Boję się.

To trzy rzeczy, które powtarzał sobie nastoletni jeszcze Clint Malarchuk. Chłopiec ma dwóch braci i choć w sporcie jest wybitny, to wszyscy są równi wobec ciężkiej ręki swojego ojca. – To był zwykły sukinsyn, który lał nas, kiedy miał na to ochotę – takiej cenzurki doczekał się ojciec utalentowanego golkipera. Jak przyznaje sam zainteresowany, nie miał życia, nie miał dziewczyny, nie miał kolegów – nawet nie chciał ich mieć. Jego życie wypełniał lęk o wszystko. Nienawiść do siebie i natłok myśli w głowie, które przerywał jedynie moment założenia na twarz maski hokejowej i stawania między słupkami. Malarchuk cała swoją psychozę i nienawiść przekuł na skupienie na grze, dając z siebie 150 procent i nie dopuszczając demonów na lodowisko – dlatego też rzadko z niego schodził. Wiedział, że jego wewnętrzne potwory tylko czekają, aż ten zdejmie parkany i łapaczkę. Wtedy działo się źle.

Bramkarz-kowboj

Dorastając, zawodnik zdał sobie sprawę, że kiedy nie gra, to płacze. Kiedy nie płacze, jest przygnębiony. Zaczął więc szukać innych sposobów na niemyślenie. Został więc w międzyczasie zawodnikiem rodeo, a dodatkowo trudnił się ujeżdżaniem koni bez siodła. Ekstremalne przeżycia pozwalały mu nie myśleć o tym, że jak śpiewa Coma „w końcu trzeba będzie wstawać i żyć”.

20 lat minęło… jak jeden mecz

Przenieśmy się w czasie. Kilka miesięcy temu Malarchuk skończył 20 lat. Teraz, 13 grudnia 1981 roku, stanął między słupkami Quebec Nordiques, a mecz skończył się wynikiem 4:4. W ciągu kilku lat swojej kariery grał dla Nordiqes, Capitals czy Sabres. Znany jest między innymi z tego, że jako jeden z niewielu zawodników ma na koncie mecz, w którym nie zagrał ani sekundy, a mimo to zaliczył 15 minut kary (za wyjście z ławki kar, by wdać się w bójkę). W latach supremacji New York Islanders przyszło mu grać w najbardziej bramkostrzelnym meczu w historii hali Nassau Colisseum. Niestety, to on był stroną przegrywającą, przepuszczając aż 10 bramek (mecz skończył się wynikiem 10:7). Zniszczony psychicznie golkiper trzymał się w NHL tylko dlatego, że stworzył o sobie mit „twardziela” – zawodnika który był twardy, wesoły i zawsze gotowy, niezależnie od sytuacji. Jednak nie była to prawda. A po jednym pamiętnym spotkaniu w barwach Buffalo Sabres demony wtargnęły na lodowisko i zabrały bramkarzowi ostatni bastion wolności.

Jak w Nieznajomych

W najnowszym horrorze jest scena, w którym blond psychopatka po prostu podchodzi do policjanta i bezceremonialnie rysuje mu „uśmiech” na szyi nożem, wypruwając mu krtań i serwując śmierć na miejscu. Podobna sytuacja spotkała Malarchuka w sytuacji, która obiegła świat, bo telewizja nie mogła przewidzieć, że czyjeś gardło zostanie poderżnięte w trakcie spotkania.

22 marca 1989 roku Sabres mierzą się z St.Louis Blues. W kolejnej akcji biorą udział Uwe Krupp (który za 10 lat zdobędzie Puchar z Detroit) i Steve Tuttle. Ten drugi wpada do bramki Malarchuka przejeżdżając bramkarzowi naostrzoną łyżwą po szyi. W jednym momencie ruch łyżwą rozpruwa bramkarzowi tętnicę szyjną i powoduje krwotok, jakiego nie powstydziłby się Rob Zombie w swoich filmach. Całość łapie telewizja, a operator mimo apelów spikerów, przez dłuższą chwilę nie zmienia kadru, nie mogąc uwierzyć w to, że na lodzie o życie walczy broczący krwią bramkarz, a jucha wypływa z niego tak szybko, że gdyby był to film, ludzie śmialiby się z nierealności takiego scenariusza. Według doniesień na sam widok tego wypadku kilkunastu fanów straciło przytomność, kilku dostało zawału serca, a dwóch zawodników na lodzie zwymiotowało przez bandę.

Powiedzcie mojej mamie, że bardzo ją kocham

Bramkarz zjeżdża z lodu o własnych siłach, w asyście lekarzy. Jest nad wyraz spokojny, a cała hala zamiera i czeka na rozwój wypadków. Mecz zostaje zatrzymany i cały świat próbuje łapać oddech wraz z młodym bramkarzem.

Malarchuk był przekonany, że jego dni są policzone. Pogodzony z losem, widząc, jaka ilość krwi wypływa z jego szyi, pożegnał się ze wszystkimi dookoła, ale nawet w takiej chwili jego ostatnie życzenie brzmiało: „zdejmijcie mnie z lodu – moja mama to ogląda”. Gdy spełniono jego prośbę, golkiper był gotowy odejść. Poprosił o księdza i jak sam przyznaje, nawet trochę cieszył się, że jego psychiczna mordęga dobiegnie końca. Jednak nikt dookoła niego nie planował dać mu odejść.

Jeden z lekarzy ścisnął z całej siły szyję bramkarza, blokując w ten sposób krwotok – i czekał na przyjazd karetki. Gdy ta się zjawiła, zastosowano ekstremalną metodę, która jak się okazuje uratowała bramkarzowi życie. Lekarz przybyły na miejsce z całej siły przygniótł obojczyk bramkarza… kolanem, co spowodował spadek ciśnienia krwi i metabolizmu. Bramkarz nieco „odleciał”, jego oddech spłycił się, ale jednocześnie ciśnienie krwi spadło, co zmniejszyło krwotok. Potem można była wieźć go do szpitala. Gdy Malarchuk oprzytomniał, pytał się lekarzy, czy zdąży jeszcze na trzecią tercję… Mecz wznowiono po tym, jak sędziowie otrzymali wiadomość, że bramkarz będzie żył i jego stan jest stabilny.

Oszukać przeznaczenie 2

To zdarzenie wpuściło wszystkie demony na lód – te same, które dotychczas nie miały wstępu do świata hokeja Malarchuka. Golkiper nigdy nie wrócił do swojej najlepszej formy, a kilka lat później zakończył karierę i zajął się trenowaniem młodzieży. Jak sam jednak przyznaje, dzień upływał mu na połykaniu tabelek przeciwbólowych i na depresję i na popijaniu ich dużymi ilościami alkoholu. W pewnym momencie wypijał już butelkę dziennie.

Dla zabicia czasu strzelał z broni do zajęcy, butelek, drzew. W pewnym momencie spojrzał na broń, włożył do niej jeden nabój i kompletnie pijany zadecydował, że w tym momencie rozstrzygną się losy jego życia. Był markotny, zniszczony – jego była żona już raz ratowała go, gdy od alkoholu i wysiłku dostał ataku serca. Płakał, był nieszczęśliwy – jego dzieciństwo, nasilający się zespół stresu pourazowego mordowały go od środka. Ten jeden ruch miał zdecydować o tym, czy zawodnik będzie dalej zmagał się z niewidzialnym przeciwnikiem, czy odejdzie.

Broń wypaliła… Jedyny pocisk w broni przeszył zawodnikowi szczękę i z całym impetem uderzył w czaszkę. Bramkarz padł na ziemię…. A potem zadzwonił po karetkę, ponieważ nie stracił przytomności. Przybyli na miejsce medycy stwierdzili ze zdumieniem, że bramkarz jest w pełni świadomy. Mało postrzału mógł się swobodnie poruszać. Poprosił by „zszyć mu to gówno i iść do domu”. „Człowieku, teraz jest okej, ale masz nabój w głowie. Musimy jechać do szpitala”. Tak jest – nabój nie wyszedł z jego głowy i być może to ponownie uratowało mu życie. Jego ówczesna małżonka, Joan, mówiła, że bramkarz wykłócał się z lekarzami, nie chciał jechać do szpitala i zachowywał się na tyle nerwowo, że były obawy, że przybyła na miejsce policja w obronie innych postrzeli go drugi raz. Bramkarz zapadł potem w kilkutygodniową śpiączkę. Jego zachowanie wynikało również z faktu, że był na zbyt silnych lekach, za co zaskarżył ówczesnego lekarza prowadzącego.

To nie był przypadek

Malarchuk poddał się leczeniu z alkoholizmu, a także z zespołu stresu pourazowego. Dobrano mu odpowiednie leki, a on sam nie tknął alkoholu od momentu postrzelenia się w głowę. Jak sam mówi, nie był już tym samym maczo, który za wszelką cenę musiał udowodnić wszystkim, że nic mu nie jest. Po postrzale broczył krwią z nosa, ust i szyi – wtedy zrozumiał, że nie jest niezniszczalny i że nie daje już rady oszukiwać siebie i innych, że nic mu nie jest.

Dziś zawodnik ma na koncie książkę Crazy Game, w której opowiada o słynnym meczu oraz wszystkim, co wpłynęło na jego walkę z problemami psychicznymi. Walczy ze stygmatyzacją chorób psychicznych i pokazuje, że mimo wszystkich cierpień fizycznych jakie go spotkały, jego problemy z psychiką są najgorsze. Jak sam powiedział: „wolę odrąbać sobie obie nogi niż ponownie przejść przez psychiczne piekło”.