/// Dziś bez Nocnej Zmiany – przepraszamy, ale po prostu życie nie pozwoliło zorganizować wam na dziś felietonisty 😉 ///

W styczniu 2018 r. Thomasowi Greissowi, golkiperowi New York Islanders, przyszło dwukrotnie bronić w spotkaniu, w którym rywale Wyspiarzy oddawali ponad 50 celnych strzałów na jego bramkę. Co ciekawe, wygrali przy tym starcie przeciwko Canadiens, choć gracze z Montrealu aż 56-krotnie zdołali skierować krążek w światło bramki strzeżonej przez Niemca. Rekordowy występ w tym sezonie należy jednak do Siemiona Warłamowa. Colorado Avalanche na początku listopada mierzyli się z Carolina Hurricanes, a goście z Raleigh oddali w tamtym starciu aż 60 celnych strzałów. Tylko trzy znalazły drogę do bramki Rosjanina, a Lawina pojedynek wygrała 5:3.

W minionym trzydziestoleciu naliczyć możemy ponad 270 przypadków, gdy bramkarz jednej z drużyn musiał interweniować ponad 50-krotnie w meczu sezonu zasadniczego. W dziesięciu spotkaniach ze strony jednej z drużyn padało co najmniej 60 celnych strzałów, a rekordzistą tego okresu pozostaje Ron Tugnutt. W marcowym meczu z 1991 roku pomiędzy Nordiques a Bruins w kierunku 23-letniego wówczas golkipera ekipy z Quebec City krążek poleciał aż 73 razy i tylko trzykrotnie Tugnutt nie zdołał go obronić. Choć przy tym jego koledzy z ofensywy bramkarza Niedźwiadków zdecydowanie bardziej oszczędzali (oddając tylko 26 celnych strzałów), to jednak dzięki heroicznej postawie popularnego “Nutsa” goście z Kanady zdołali wywieźć z Boston Garden punkt za remis.

Historia NHL nie zanotowała natomiast przypadku, w którym gracze obu rywalizujących drużyn oddaliby w jednym spotkaniu sezonu zasadniczego co najmniej po 50 celnych strzałów na bramkę. Takich meczów w fazie playoff odnajdziemy oczywiście całkiem sporo, począwszy od marca 1960 r., gdy w starciu Red Wings z Maple Leafs na koncie tych pierwszych zanotowano 66 strzałów, a drugich “tylko” 52. Mecz trwał jednak 103 minuty i zakończyło go dopiero trafienie autorstwa Franka Mahovlicha dla gości z Toronto. Rekord wszech czasów dzierżą pod tym względem rywalizujący w kwietniu 1987 roku zawodnicy Islanders i Capitals. Nim Pat LaFontaine w dziewiątej minucie czwartej dogrywki przechylił szalę na korzyść Wyspiarzy, ci oddali na bramkę Boba Masona 56 celnych strzałów. Zdecydowanie mocniej bombardowany był krążkami Kelly Hrudey, golkiper nowojorczyków, który musiał zmierzyć się z 75 strzałami w światło swojej bramki. Rekord 132 strzałów ze strony obu zespołów wyrównany został 20 lat później w pojedynku Stars i Canucks. Ponownie ci, którzy strzelali częściej, ponieśli porażkę. Roberto Luongo zatrzymał 72 z 76 strzałów graczy z Dallas, tymczasem Marty Turco uległ po raz piąty przy uderzeniu nr 56, którego autorem był Henrik Sedin pod koniec czwartego dodatkowego czasu gry.

Rekordzistą indywidualnym w liczbie strzałów oddanych w kierunku jego bramki w meczu NHL pozostaje Normie Smith. Golkiper stał się legendą po swoim występie w meczu fazy playoff pomiędzy Detroit Red Wings a Montreal Maroons w 1934 roku. W pierwszym meczu półfinałowym o wyniku zadecydował gol, który padł dopiero w szóstej dogrywce. Drużyny spędziły na lodzie niemal 180 minut, a nim Mad Bruneteau zapewnił ekipie Czerwonych Skrzydeł wygraną, Normie Smith obronił wszystkie 92 celne uderzenia autorstwa graczy Maroons. Pozostaje tym samym podwójnym rekordzistą, a do jego osiągnięcia nie sposób jest się zbliżyć komukolwiek od dziesięcioleci.

Warto w tym miejscu wspomnieć jednak o bramkarskich rekordzistach, gdybyśmy tylko spoglądali na występy w meczach sezonu zasadniczego. Nie tak dawno, w styczniu 2014 roku do historii przeszedł Ben Scrivens, broniąc wszystkie 59 celnych strzałów oddanych w jego stronę przez graczy San Jose Sharks w starciu z Edmonton Oilers i notując czyste konto. Rekord celnych strzałów rywali na swoją bramkę dzierży jednak Sam LoPresti, golkiper Chicago Black Hawks z lat 1940-42. W rozegranym 4 marca 1941 roku meczu przeciwko Boston Bruins obronił 80 z 83 celnych uderzeń hokeistów Niedźwiadków. Nie zdołał jednak uchronić swojej drużyny od porażki 2:3 w regulaminowym czasie gry.

LoPresti był solidnym graczem, ale trudno nazwać go ogromnym talentem. Miał swoje lepsze momenty, m.in. będąc jedną z gwiazd rozgrywek pod szyldem American Hockey Association pod koniec lat 30. XX wieku i niemal 10 lat później zaliczając bardzo dobry sezon w United States Hockey League. Jego droga do NHL wiodła przez towarzyskie spotkanie, jakie Black Hawks rozegrali w 1940 roku z St. Paul Saints, których barw bronił LoPresti. Bill Tobin i Paul Thompson, prezes klubu z Illinois i trener drużyny, dostrzegli w nim spore umiejętności i zaproponowali kontrakt z ekipą z Chicago, przy czym sezon 1940/41 rozpocząć miał nadal na poziomie AHA. Jego szansą stała się rezygnacja z dalszej gry przez Paula Goodmana, ówczesnego golkipera Jastrzębi.

LoPresti zadebiutował w styczniu 1941 r. i cztery pierwsze mecze wygrał. Bilans do końca sezonu nie był jednak już tak dobry, bowiem zanotował aż 15 porażek w kolejnych 22 występach. Jedną z przegranych był jednak wspomniany rekordowy występ przeciwko Bruins. Jak wspominał po spotkaniu, rywale zdawali się uderzać niemal z każdego miejsca i kąta, a on nie widział połowy z tych strzałów, które bronił intuicyjnie bądź które po prostu odbijały się od jego bramkarskiego sprzętu. Miał tamtego wieczora schudnąć ponad 4 kilogramy, choć wspominany wcześniej Normie Smith opowiadał po swoim rekordowym wyczynie, że zszedł z lodu lżejszy o niemal 8 kilogramów. Nim LoPresti wpuścił pierwszą z trzech bramek, zawodnicy Bruins musieli oddać aż 42 celne próby. Rok później ponownie przyszło mu stawać przed napastnikami Niedźwiadków w kolejnych niesamowitych bojach, gdy Black Hawks walczyli z zespołem z Bostonu w pierwszej rundzie fazy playoff. Po przegranej 1:2 serii LoPresti podjął decyzję o zaciągnięciu się do amerykańskiej Marynarki Wojennej, walczącej na frontach II Wojny Światowej. Jak miał powiedzieć, bezpieczniej czuł się w obliczu niemieckich U-bootów na wodach Północnego Atlantyku niż wulkanizowanej gumy na terenie Ameryki Północnej.

Służył na pokładzie SS Roger B. Taney, który był jednym z okrętów wspierających transporty płynące Atlantykiem w kierunku Europy. W lutym 1943 roku okręt został storpedowany przez wroga i zatopiony. LoPresti wraz z pozostałymi członkami załogi został uznany za zaginionych, stając się tym samym pierwszym amerykańskim profesjonalnym sportowcem mającym status ofiary zmagań wojennych. Okazało się jednak, że część załogi przetrwała atak, korzystając z tratw ratunkowych i została podjęta następnego poranka przez łodzie ratunkowe. W tej oznaczonej nr 4, wyposażonej w minimalną tylko ilość pitnej wody i pożywienia, znalazł się LoPresti wraz z 25 innymi marynarzami. Rozpoczęli trwającą 42 dni podróż, dryfując w kierunku wybrzeża Brazylii i pokonując niemal 4000 km na południowy zachód, zanim zostali uratowani. W tym czasie wodę do picia uzupełniali w trakcie padającego deszczu, pijąc jej jednak w porcjach nie przekraczających 110 ml dziennie. Niewielkie zapasy herbatników i czekolady szybko się wyczerpały i tylko sprytowi oraz zwinności eks-bramkarza Black Hawks jego koledzy zawdzięczali przeżycie. Z bosaka i finki miał zrobić narzędzie na kształt harpuna, którym upolował pływającego wokół łodzi szesnastokilogramowego delfina. Rozbitkowie mieli wypić krew upolowanego w ten sposób zwierzęcia, a mięso ugotować w metalowym wiadrze podgrzewanym szmatami nasączonymi naftą.

Po zakończeniu służby wojskowej LoPresti nie dostał już szansy na dalszą grę w NHL. Przez dwa lata występował w kalifornijskich San Diego Skyhawks, by w drugiej połowie lat 40. minionego wieku wrócić do rodzinnej Minnesoty i grać dla drużyn z okolic Eveleth, gdzie się wychowywał. Karierę zakończył oficjalnie w 1951 roku, a nieco ponad 20 lat później został uhonorowany członkostwem w amerykańskiej Galerii Sław hokeja na lodzie. Wraz ze swoją małżonką prowadził przez lata tawernę w Eveleth, a ich syn Pete nie tylko poszedł w ślady ojca i został bramkarzem hokejowym, ale i miał okazję przez kilka sezonów występować na lodowiskach NHL.

Po dobrych dwóch latach w drużynie uniwersyteckiej z Denver, Pete reprezentował barwy North Stars, dla których zagrał ponad 170 razy, będąc na początku swojej przygody z ligą najmłodszym w niej bramkarzem. Na koniec kariery spróbował swoich sił w Edmonton Oilers, ale skończyło się tylko na dwóch meczach. Podobnie jednak jak LoPresti senior, także i młodszy z klanu ogromnej kariery więc nie zrobił, ale panowie do dziś są uznawani za pierwszą bramkarską parę ojciec-syn, która zagrała na lodowiskach NHL.