Przed meczami zaplanowanymi na noc ze środy na czwartek polskiego czasu najbliżsi awansu do półfinału konferencji są gracze Pittsburgh Penguins i St. Louis Blues. Pingwiny jak na razie konsekwentnie dziurawią bramkę strzeżoną przez Sergieja Bobrowskiego i po wyjazdowej wygranej w trzecim meczu w Nationwide Arena w Columbus są już tylko o krok od udziału w kolejnej rundzie playoff na Wschodzie. W konferencji zachodniej, ku zaskoczeniu wielu, jak na razie ogromne kłopoty mają gracze Minnesota Wild, którzy przegrali najpierw dwukrotnie na własnym lodzie ze znacznie niżej notowaną ekipą Nutek, po czym w niedzielny wieczór doznali porażki na lodzie rywali.

Przegrywający swoje serie jak na razie 0-3 gracze Blue Jackets, Wild, a po wczoraj także Blackhawks i Flames, znaleźli się więc w arcytrudnej sytuacji, a nastroje ich kibiców na pewno nie należą do najlepszych. Czy jest jednak jeszcze jakaś szansa dla tych ekip? Historia pokazuje, że cuda się w NHL już zdarzały.

Rzut oka na statystyki na pewno nie poprawia jednak znacząco nastrojów w Columbus i St. Paul. W dotychczasowej historii ligi już 182 razy dochodziło do sytuacji, w której jedna z drużyn prowadziła w serii 3-0. Tylko 9 razy doprowadzono do wyrównania i siódmego, decydującego meczu. Pięciokrotnie w takich sytuacjach lepsi okazywali się ci, którzy znakomicie rozpoczynali serię. Tak potoczyły się losy playoffowych zmagań z udziałem Boston Bruins (półfinałowa rywalizacja z New York Rangers w 1939 roku), Toronto Maple Leafs (finały Pucharu Stanleya przeciwko Detroit Red Wings w 1945 roku), Philadelphia Flyers (półfinał na Wschodzie w 1975 roku) oraz w znacznie nam już bliższym 2011 roku, gdy w ćwierćfinale konferencji Vancouver Canucks zdołali obronić w siódmym meczu przewagę z trzech pierwszych spotkań przeciwko Chicago Blackhawks, a także w półfinałowych zmaganiach na Zachodzie, kiedy to Detroit Red Wings doprowadzili do remisu od stanu 0-3, by jednak ostatecznie ulec San Jose Sharks w decydującym starciu.

W czterech pozostałych przypadkach, gdy jedna z drużyn przegrywała już w serii 0-3, ale zdołała doprowadzić do siódmego meczu, wydarzenia na lodzie potoczyły się tak, jakby zapewne sobie teraz życzyli tego fani Blue Jackets i Wild. Statystyka jest jednak nieubłagana, a prawdopodobieństwo niewielkie (4/182 daje bowiem raptem 2,2 %). Nie niemożliwe wszakże.

Jako pierwsi sztuki tej dokonali gracze Maple Leafs w 1942 roku. By tego było mało, zdarzyło się to w finałach Pucharu Stanleya, gdy trzy pierwsze mecze wygrała ekipa Czerwonych Skrzydeł i w Detroit powoli szykowano już mistrzowską fetę. Zwłaszcza, że po pół godzinie gry w czwartym meczu na własnym lodzie Red Wings prowadzili 2:0 po golach Muda Bruneteau i Sida Abela. Goście z Toronto zdołali jednak doprowadzić do wyrównania, a decydującą o wygranej bramkę zdobył w końcowych minutach trzeciej tercji Nick Metz. Przed zakończeniem spotkania doszło jeszcze do potężnej awantury na lodzie i zaatakowany został m.in. sędzia Mel Harwood przez Jacka Adamsa, szkoleniowca Red Wings, za co ten ostatni został zawieszony przez władze ligi.

Bez swojego charyzmatycznego trenera ekipa z Detroit została rozbita w piątym meczu 9:3, a w szóstym o jedyny shutout w serii postarał się Turk Broda, powstrzymując skutecznie wszystkie strzały zawodników Czerwonych Skrzydeł. W siódmym starciu w obecności ponad 16 tysięcy widzów (wówczas najwyższa frekwencja w historii kanadyjskiego hokeja) Maple Leafs kontrolowali już przebieg spotkania i wygrywając 3:1 zapewnili sobie czwarty triumf w Pucharze Stanleya.

Po 33 latach wyczyn zawodników z Toronto powtórzyli gracze New York Islanders, choć uczynili to nieco mniej spektakularnie, bowiem na etapie ćwierćfinału konferencji wschodniej. W trzech pierwszych meczach Wyspiarze stracili łącznie 14 goli, co pomimo przyzwoitej skuteczności po swojej stronie (9 trafień) przełożyło się na bilans 0-3 w serii. Odżyli dopiero w drugim spotkaniu rozegranym we własnej hali, pokonując rywali 3:1 na lodowisku Nassau Coliseum. Decydująca dla losów rywalizacji okazała się zmiana w bramce Islanders – słynny szkoleniowiec Al Arbour zaryzykował i odsunął od składu broniącego dotychczas młodszego Billy’ego Smitha i postawił na nieco bardziej doświadczonego Chico Rescha.

Ten odpłacił mu się kapitalną postawą w kolejnych spotkaniach, w tym czystym kontem w siódmym spotkaniu. Sam Resch w jednym z wywiadów miał powiedzieć, że w ostatnim meczu otrzymał znaczące wsparcie od konstrukcji strzeżonej przez siebie bramki, na której kilka razy zatrzymywał się krążek po uderzeniach graczy z Pittsburgha. Wygrana 1:0 dała jednak awans Wyspiarzom do półfinału konferencji i miano drugiej (po wspominanych już Maple Leafs) drużyny w historii wszystkich profesjonalnych rozgrywek sportowych w Ameryce Północnej, która wygrała serię do czterech zwycięstw, przegrywając trzy pierwsze starcia.

W 2010 roku w jednym z półfinałów konferencji wschodniej Boston Bruins prowadzili już w serii 3-0, pokonując ekipę Flyers najpierw dwukrotnie na własnym lodzie, a następnie dokładając wygraną w Wachovia Center w trzecim meczu. Odrodzenie Lotników nastąpiło 7 maja 2010 r., gdy po niespełna 15 minutach dogrywki swojego pierwszego gola w tamtych playoff zdobył Simon Gagne, dając gospodarzom wygraną. Dwa kolejne trafienia Gagne dorzucił w piątym spotkaniu, co wraz z czystym kontem zachowanym wspólnie przez Michaela Leightona i Briana Bouchera dało Flyers drugie zwycięstwo. Dwa decydujące starcia były niezwykle zacięte i rozstrzygały się jedną bramką – siódme spotkanie w TD Garden w Bostonie padło łupem gości z Filadelfii, a gola na wagę awansu do finału na Wschodzie zdobył niezawodny w tej serii Simon Gagne, kończąc rozegranie gry w przewadze swojego zespołu.

Ostatni raz prowadzenie 3-0 w serii nie wystarczyło do awansu ekipie San Jose Sharks. W 2014 roku po świetnym sezonie zasadniczym (druga lokata na Zachodzie) wydawało się, że Rekiny bez problemu poradzą sobie ze znacznie niżej notowanymi na starcie playoff graczami Los Angeles Kings. Dwa pierwsze mecze ekipa z San Jose wygrała zdecydowanie, aplikując rywalom najpierw sześć, a następnie siedem goli (w drugim meczu przegrywając po pierwszej tercji 0:2, a demolując defensywę Królów w kolejnych 40 minutach). O tym, że Kings się odradzają, świadczyły wydarzenia z trzeciego meczu w Staples Center. Bronili zdecydowanie skuteczniej, doprowadzając do dogrywki, którą przegrali dopiero po trafieniu Patricka Marleau.

Od tego momentu zawodnicy trenera Darryla Suttera zaczęli jednak nie tylko pogoń za Rekinami, ale jak się miało okazać kilka tygodni później, pogoń za mistrzowskim tytułem. W trzech ostatnich meczach tej serii Jonathan Quick zaczął bronić z niesamowitą skutecznością, tracąc tylko dwa gole (na 96 celnych strzałów rywali) oraz w jednym spotkaniu notując czyste konto. Do jego formy dopasowali się napastnicy Kings, którzy spotkaniach nr 4-7 zdobyli łącznie 18 goli. Okoliczności, w jakich ekipa z Los Angeles przebrnęła przez pierwszą rundę playoff, zbudowały drużynę na kolejne etapy zmagań o Puchar Stanleya, który Kings zdobyli pokonując w finałach 4-1 New York Rangers.

Zadanie, jakie stoi w najbliższych dniach przed ekipami Minnesota Wild i Columbus Blue Jackets nie należy więc do najłatwiejszych, ale nie jest niemożliwe, bowiem historia, jak mawiają, lubi się powtarzać. Niebawem przekonamy się, czy będziemy mieli do czynienia z piątą w historii drużyną, która wygra serię po porażkach w trzech pierwszych meczach czy też Penguins i Blues zdołają się obronić. Na ich korzyść działa bowiem fakt, że w historii takich starć w ponad 60 % przypadków drużyna prowadząca w serii 3-0 kończyła ją już w czwartym meczu.